Recenzje

2018-04-27
Jono McCleery - "Seeds Of A Dandelion"
"Z nutką bluesa i soulu jak Ben Harper, liryczny i tajemniczy jak David Sylvian, wysoki i odrealniony jak Antony Hegarty, oraz... popowy jak Chris Martin" - to wizytówka Jono McCleery'ego, który wydał właśnie nowy album studyjny "Seeds Of A Dandelion". Recenzję dla nas napisał Jakub Oślak.
Wykonawca: Jono McCleery
Wytwórnia: Counter Records / NoPaper Records
Rok wydania: 2018

Świat i czas w którym żyjemy jest pełen paradoksów. W epokowym pościgu za awansem technologicznym tak naprawdę szukamy upraszczania codzienności. Przy całym skomplikowaniu świata politycznego i gospodarczego, cnotą jest spokój, prostota i minimalizm. Uciekając od bezdennej głupoty, postępującej znieczulicy, szaleństwa i okrucieństwa, szukamy pocieszenia w sztuce – prostej, skromnej, lecz jakże ujmującej. Świat maltretuje nasze organizmy bodźcami pod każdym pretekstem; niech zatem muzyka pozostanie prosta – relaksująca, kołysząca, rewitalizująca i kojąca rozstrojone zmysły. Na szczęście ratunku nie trzeba szukać daleko.

Oto kolejny paradoks: Jono McCleery urodził się głuchy. Szczęśliwie, gdy odzyskał słuch w wieku lat 5, jego największą fascynacją stała się oczywiście muzyka. Dziś ten 35-latek, dzielący swój czas pomiędzy Londynem a Rotterdamem, ujmuje talentem, głosem, a przede wszystkim prostotą swoich piosenek. Spokojna gitara elektryczna, akustyczna, towarzyszący smyczek, jakieś klawiszowe ozdóbki. Przede wszystkim, głos. Z nutką bluesa i soulu jak Ben Harper, liryczny i tajemniczy jak David Sylvian, wysoki i odrealniony jak Antony Hegarty, oraz... popowy jak Chris Martin. Jono potrafi śpiewać na wiele sposobów i to właśnie jego głos jest tu głównym bohaterem, siłą sprawczą i medium ukojenia.

Muzyka Jono ma w sobie coś z prowincji, miejsc gdzie panuje cisza, czas płynie wolniej, a świat jest statyczną fotografią, dopóki nie przesuną się chmury. Ponownie paradoks: być może właśnie otoczenie Londynu, miasta wypełniającego horyzont, sprawia że jego mieszkańcy łakną ucieczki. Miejsca w którym panuje spokój, gdzie wyhamowuje czas, gdzie kojący głos śpiewa cudowne piosenki w małym, podziemnym barze. Jedyny rytm nadaje tu grzechotka; reszta pozostaje statyczna, lecz jakże piękna. Posłuchajcie chociażby „Gabriel” i zobaczcie tego gościa, który na małym podeście, z piwkiem i wzmacniaczem, brzkąda nieśmiało kilka akordów, po czym wypełnia dusze głosem.

W tym skomplikowanym i szalonym świecie, prostota muzyki jest paradoksalną metodą. Zdają się to rozumieć zarówno muzycy, jak i słuchacze, którzy często wręcz nieświadomie wybierają brzmienie, gdzie nie panuje przeładowanie technologiczne i szaleństwo kreacji. To muzyka podstawowa, stanowiąca pewien kręgosłup tego, co nazywamy rockiem. To muzyka uliczna, gdyż Jono mógłby równie dobrze grać na stacji metra, gdzieś przy Covent Garden albo Camden. To muzyka osobista, prosto z serca, nadająca piosenkom innych autorów nową, własną osobowość. Jak wielu takich artystów jest na świecie – setki, tysiące? Jak wielu z nich mijamy codziennie, bez szans na oklaski?

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load