Recenzje

2018-05-01
God Is An Astronaut - "Epitaph"
Irlandzcy klasycy post-rocka zaprezentowali nowy album studyjny zatytułowany "Epitaph". Czy jest to kolejny krok w artystycznym rozwoju zespołu? Na to pytanie postarał się odpowiedzieć Jakub Oślak.
Wykonawca: God Is An Astronaut
Wytwórnia: Napalm Records / Mystic Productions
Rok wydania: 2018

Na Zachodzie bez zmian – tak w skrócie mogę opisać zawartość nowej płyty God Is An Astronaut, zatytułowanej „Epitaph”. To pochwała i zarazem nagana; z jednej strony to pozytywna informacja, że GIAA dalej „robią swoje” i robią to dobrze, ale z drugiej – szczerze - słyszałeś ją jedną, słyszałeś je wszystkie. Jestem sympatykiem brzmień post-rockowych i wszystkie klony GY!BE oraz Mogwai zawsze znajdą u mnie iskrę zainteresowania. To jednak miecz obosieczny; najwięcej wymagamy od tego, co kochamy najbardziej. W efekcie, gdy kolejny zespół dostarcza po raz n-ty „tą samą płytę”, nie sposób nie wytknąć im tego palcem. A potem i tak z przyjemnością jeszcze raz ją przesłuchać.

To jeden z paradoksów post-rocka; styl ten jest z założenia jest poszukujący, stawiający grubą kreskę i rozbijający w pył to, co się za nią przedostanie. To muzyka monumentalna, a jednocześnie intymna. Jest w niej zaklęte piękno i apokalipsa, cisza i huragan. Wszystko to jest oczywiście wykorzystane na „Epitaph” – kompozycje jak na ten styl przystało zgrabnie balansują pomiędzy cichą introspekcją a emocjonalnym barokiem. Jak zwykle u Irlandczyków, tak jak w całym post-rocku, są to brzmienia o wysokim potencjalne ilustracyjnym, wręcz proszącym się o wykorzystanie w filmie. Łatwo sobie taki film wyobrazić – pełen ognia, nieba, sztormu oraz bladych powiek obserwujących je na brzegu plaży.


To są jednak ogólniki, które łatwo można dopasować nie tylko do każdej płyty GIAA, ale i do wielu innych reprezentujących ten styl. Na tym właśnie polega wspomniany paradoks; z założenia poszukujący, w rzeczywistości odtwórczy. Większości post-rockowców jest naprawdę trudno przebić się poza obowiązujący schemat, a ci nieliczni którym się to udaje to elitarna ekstraklasa. Gdy słucham „Epitaph” z żalem stwierdzam, że Astronauci nawet nie próbują tego schematu przekraczać. Robimy to, co sprawdza się nam od wielu lat i za co publiczność nas lubi. Pytanie tylko na jak długo starcza tego kredytu zaufania od ich wiernych fanów; ta rzemieślnicza strategia może okazać się zdradliwa.

Tyle kontekstu i paradoksu, oraz zgorzkniałego marudzenia kapryśnego krytyka. Czy „Epitaph” jest płytą złą, nudną, produkcyjną i bez polotu? Nie! Sama w sobie jest krążkiem z dobrą, ciekawą muzyką rockową, mającą swój pomysł i niewątpliwy urok. Sporo tu chwytających uwagę momentów, zarówno gdy spada mocniejsze uderzenie, jak i wśród starych drzew przy cmentarnej alei. To brzmienia, które docenią zarówno sympatycy post-rocka, jak i ci, którzy nie mieli z tym stylem kontaktu. Konwencja i schemat potrafią być docenione równie mocno, co innowacje. Na „Epitaph” innowacji brak; te oznaczają przekraczanie granicy, co ewidentnie sprawia Astronautom dyskomfort.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load