Recenzje

2018-05-11
Arctic Monkeys - "Tranquility Base Hotel & Casino"
"To muzyka z pogranicza jawy i snu, przedstawienia teatralnego i skeczu kabaretu. Słowa to nie piosenki, lecz przenikające się narracje, niczym na rasowym albumie koncepcyjnym, których należy słuchać wyłącznie w całości" - tak zachęca do wysłuchania nowej płyty Arctic Monkeys nasz recenzent Jakub Oślak.
Wykonawca: Arctic Monkeys
Wytwórnia: Domino Recording Company / Sonic Records
Rok wydania: 2018

Jedna z najbardziej oczekiwanych premier płytowych tego roku jest wreszcie za nami. Po wielkim sukcesie jakim było „AM” zespół Arctic Monkeys na nowo zdefiniował nie tylko siebie, ale i standardy panujące w rock’n’rollu. To już nie jest grupa rozczochranych gówniarzy z gitarami, którzy swego czasu poprzestawiali meble w niejednym domu. Teraz nadszedł czas na brzmienia wysmakowane, stylowe i innowacyjne. Czas na bycie drugim Radiohead, którzy nie tylko wyznaczają kierunek muzyki innym zespołom, ale zamieniają całą przestrzeń muzyki we własny, kolorowy pokój pełen płyt i plakatów, porozrzucanych ciuchów, aromatu niedopitego wina i z jaszczurką spacerującą po łóżku.

Już sam tytuł „Tranquility Base Hotel & Casino” stanowi temat do przemyśleń. Czy w historii rock’n’rolla istnieje płyta o jeszcze mniej rock’n’rollowym tytule? Być może tylko opus magnum Beatlesów z roku 1967 może pod tym kątem konkurować z nowym dziełem chłopaków z Sheffield. „Tranquility” historii rocka być może nie zmieni, chociaż jest jeszcze za wcześnie aby o tym mówić; grunt, że już na starcie, obcując z tym zagadkowym acz pobudzającym wyobraźnię tytułem, wespół ze stylową, koncepcyjną okładką, możemy posmakować artystycznej innowacji i prowokacji. A nasze zaskoczenie będzie tym większe, gdy dobierzemy się już do meritum, czyli do muzyki.

Alex Turner przebył długą drogę od kiedy Arctic Monkeys zatrzęśli ziemią pewnym hymnem o parkiecie w dyskotece. Od tamtej pory bywało nisko i wysoko, ale też alternatywnie. Przygoda z The Last Shadow Puppets umocniła jego renomę artysty poszukującego, umiejącego bawić się konwencjami oraz komponować intrygujące, pochłaniające piosenki. Z rozszarpanych gitarami przestrzeni przenieśliśmy się do galerii, sal kinowych i teatralnych, gdzie szyku zadaje już nie czad i hałas, ale styl, koncepcja i odrobina środkow odurzających. Przeboje już były, pot i drzazgi też mamy za sobą; teraz nadszedł czas słuchania tego, co naprawdę chcemy przekazać miastu i światu.


Najprościej rzecz ujmując, znajdujemy się w hotelu; takim Watergate, który wygląda jak stos kosmicznych naleśników. Atmosfera w nim panująca ma w sobie coś z Hotelu Zacisze, jak i Hotelu Overlook z „Lśnienia”. Zespół wciela się w rolę swingującego big bandu w marynarkach z żabotami i poszetkami. Miotełki na perkusji, ciepłe klawisze Kurzweila, czyściusieńkie gitary z elementami z masy perłowej i on, wodzirej, zamiatający kablem od mikrofonu wśród stolików, kanap obitych pluszem, dyskretnie nalewanych drinków i przyjemnie terkoczącej ruletki. Aha, czy dodałem, że ten hotel dryfuje gdzieś w nieważkości nieskończonej przestrzeni kosmicznej? Tak właśnie brzmi ten album.

Prowokacja, koncepcja, innowacja, sztuka. Nie ma tu garażowych drzazg, ani czarnego, lejącego się czadu i przesteru. Jesteśmy gdzieś we śnie Alexa Turnera, który jest Sinatrą, Burtem Bacharachiem i Astrud Gilberto w jednym. Zespół dostarcza nam stylizowany lounge-rock, z delikatnymi akcentami retro-futuro, gdy kobiety chodziły w rzeźbionych kokach, a ściany pokrywały tapety o kalejdoskopowych wzorach. Jesteśmy w hotelu w kosmosie, a ten facet w białej marynarce życzy nam dobrej zabawy, po czym wyśpiewuje „Fly Me to the Moon” albo „Christmas in Heaven” od Monty Pythona. Wszystko rzecz jasna w duchu post-modernizmu, pastiszu i strumenia świadomości.

I z takim stanem rzeczy trzeba się po prostu pogodzić. Alex Turner taką miał koncepcję i dopiął swego. Ten krążek to kij wbity w mrowisko z gracją Morrisseya. To muzyka z pogranicza jawy i snu, przedstawienia teatralnego i skeczu kabaretu. Słowa to nie piosenki, lecz przenikające się narracje, niczym na rasowym albumie koncepcyjnym, których należy słuchać wyłącznie w całości. „Tranqulity” zaskakuje jak wybuchające cygaro, lecz po opadnięciu pierwszych emocji z radością stwierdzimy, że jest to płyta wciągająca, intrygująca i dająca do myślenia i dyskusji. A przecież przerabialiśmy już takie brzmienia, taki psychodeliczny art-rock, chociażby u Beach Boys, Belle & Sebastian lub Stereolab.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load