Recenzje

2018-05-12
Amorphis - "Queen of Time"
Powrót do składu zespołu jednego z jego założycieli, basisty Olli-Pekki Laine i pojawienie się po raz pierwszy w kompozycjach chóru. To najważniejsze nowości czy zmiany, które mogą zauważyć fani Amorphis na ich nowej płycie.
Wykonawca: Amorphis
Wytwórnia: Nuclear Blast / Mystic
Rok wydania: 2018

„Queen of Time” jest następcą „Under The Red Cloud” z 2015 roku. Na płycie w roli basisty pojawia się Olla-Pekka Laine, który powrócił do kapeli po 17 latach przerwy. Zastąpił Niclasa Etelävuoriego. Teksty napisał – tak jak zwykle się dzieje w przypadku tego zespołu – Pekka Kainulainen. Jego głos też słyszymy na płycie, w mówionej części „Daughter Of Hate”.

Pisząc kilka miesięcy temu recenzję płyty Arch Enemy, powątpiewałem w poważne podchodzenie do rodzaju muzyki, który nazywa się melodyjny death metal. Moim zdaniem, jest to balansowanie na granicy kiczu. Muszę przyznać, że akurat nowej płyty Amorphis słuchało mi się dobrze. Zespół skacze stylistycznie między metalem, folkiem, gotyckimi, orientalnymi, a także operowymi brzmieniami czy elektroniką pojawiająca się w „The Bee”. Pojawienie się chóru nadaje utworom, w których się pojawia dramatyczności i pompatyczności. Można powiedzieć też o pojawieniu się tych efektów, gdy do gry wchodzą damskie, operowe wokalizy. Tomi Joutsen zaś raz groźnie growluje, raz śpiewa bardzo melodyjnym głosem. I właśnie melodyjność łączy wszystkie utwory na płycie.


Jeśli miałbym wybierać faworyta, to mocnym kandydatem byłoby „Daughter Of Hate”. Riff mający dodać dramatyzmu, a jednocześnie melodyjny. W środku zupełnie znikąd pojawia się uspokojenie. I wraz z nim pojawia się też saksofon. Zestawienie wspominanego wcześniej tekstu mówionego przez Pekkę Kainulainena z saksofonem brzmi naprawdę dobrze i zachęcająco. Słuchając całości albumu, dramatyczność i pompatyczność w niektórych momentach bardzo rzuca się w uszy. Choćby w „Amongst Stars”, w którym dodatkowo pojawia się gościnnie Anneke van Giersbergen. Jest bardzo przebojowo, ale też zbyt słodko.

Podsumowując, „Queen of Time” to całkiem niezła płyta. Wspomniane wyżej balansowanie na granicy kiczu owocuje w niektórych utworach nadmiernym przepychem i zbędną dramatycznością, ale całościowo dostajemy prawie godzinny materiał, którego da się słuchać.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load