Recenzje

2018-05-27
Lunatic Soul - "Under the Fragmented Sky"
Nie zdążyliśmy jeszcze w spokoju nacieszyć się „Fractured”, a tu Lunatic Soul już serwuje nam zupełnie nowy, świetnie brzmiący, opatrzony najlepszą z dotychczasowych okładek krążek.
Wykonawca: Lunatic Soul
Wytwórnia: Mystic Production
Rok wydania: 2018

Nie jest to żadna EP-ka, tudzież mini-album, jak zapowiadały pierwsze symptomy nowego materiału; to regularny album, świetnie odmierzony (36 minut) i dobrze zagospodarowany pod kątem muzyki. Kompozycje powstały właśnie w trakcie nagrywania doskonałego „Fractured”; jednakże, mocno pomyli się ten, kto założy z góry, że mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju kody, uzupełnienia, bonusowego krążka z estetycznie zaaranżowanymi wiórami poprzedniej sesji. Być może Mariusz Duda miał zamiar taki właśnie bonus upublicznić; lecz w trakcie dopracowywania zgromadzonych ścinek taśmy stało się jasne, że nienasycony talent oraz twórczy bakcyl nie pozwoli mu na dzieło niedokończone. Śmiem twierdzić, że wyszedł mu z tego najlepszy album Lunatic Soul.

Wrażenia ze słuchania „Under the Fragmented Sky” można podzielić na dwa etapy. Pierwszy to oswojenie się z różnorodnością obecnych tu kompozycji: od rytmiczno-elektronicznych tkanin podszytych przetworzonym głosem, po frapujące impresje obcego słońca i ciężkiego deszczu. Drugi to zrozumienie, że „Sky” nie jest ani deserem po „Fractured” ani poczekajką przed wypatrywanym nowym albumem Riverside; to kawał rasowej muzyki, która ponownie udowadnia jak daleko sięgają twórcze horyzonty Mariusza. Krążek jest niewątpliwie bardzo atmosferyczny i nastrojowy, nie ma w nim tego ładunku przebojowości co we „Fractured”; o ile ten poprzedni brzmiał jak wyimaginowany koncert Lunatic Soul, to „Sky” jest samotnym spacerem po tych samych pomieszczeniach - na drugi dzień, gdy wszyscy już poszli, przez szparę w drzwiach wpada blady promień słońca, a w powietrzu unosi się aromat wspólnoty i echo wczorajszej muzyki.


Oto spadł deszcz, przerwał ciszę; uśpił mnie i pozwolił zapomnieć... i nie było już strachu. „Sky” jak i cały Lunatic Soul to przeciwległy do Riverside brzeg rzeczonej rzeki. Tu dzieją się rzeczy tożsame, w sposób oczywisty wypływające z tego samego serca; ale jednocześnie zachowujące własne, odrębne imię. Tu Mariuszowi Dudzie wolno więcej i inaczej; w tej kapsule ratunkowej można pozwolić sobie na większą swobodę, niż na dzielonym z resztą załogi pokładzie statku-matki. „Sky” ma w sobie coś z przestrzeni kosmicznej, takiej jaką znamy zarówno z „Rubyconu” Tangerine Dream, jak i „2001: Odyseji Kosmicznej” Kubricka. Pomagają w tym zarówno syntezatory i sekwencery, którymi cała Szkoła Berlińska przecierała obce muzyce szlaki, jak i dobrze dobrane ambientowe dźwięki, przypominające odgłosy aparatury pokładowej. W kosmosie nikt nie usłyszy jak krzyczysz, więc po co krzyczeć. Wystarczy, że na Ziemi deszcz przerwie cisze.

Na sam koniec tej metaforycznej podróży, przychodzi przebudzenie. Finałowy „Untamed”, podobnie jak utwór tytułowy, to dwa najbardziej riversidowe numery na płycie. Smutek i nadzieja, ból i przebudzenie. Jest w nim coś z napisów końcowych, jak i zapowiedzi następnego programu. Aż dziw bierze, że to tylko 36 minut; wrażeń w trakcie słuchania tej płyty wystarczy na znacznie dłużej. To jedna z tych płyt, które zostają w sercu i będą jeszcze długo wołać o należną sobie atencję i skupienie; najlepiej wieczorem, gdy można przerwać ciszę deszczem. Daję słowo, że absolutnie każda kompozycja zasługuje tu na naszą wielokrotną i niepodzielną uwagę, podczas gdy wszystkie razem tworzą zaskakująco spójną, choć różnorodną kombinację. Jest to rzecz inna niż „Fractured”, chociaż z tej samej parafii; jeśli trzeba nam porównań, to najbliżej jej do „Eye of the Soundscape”, gdzie rozum dawał sercu przejąć stery. Mam nadzieję, że Lunatic Soul na tym nie poprzestanie i że wyimaginowany koncert, z sobotniej, sennej fantazji, może stać się ciałem i krwią.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load