Recenzje

2018-06-18
Johnny Marr - "Call The Comet"
Były gitarzysta grupy The Smiths wydał trzeci solowy album, najlepszy z tych, które sygnuje swoim nazwiskiem.
Wykonawca: Johnny Marr
Wytwórnia: New Voodoo Records / Warner Music Poland
Rok wydania: 2018

Johnny Marr to jeden z gigantów brytyjskiego rocka ostatnich 35 lat. Odpowiedzialny za muzyczną stronę znakomitych albumów grupy The Smiths, honorowy gość na płytach i koncertach takich gigantów jak New Order, The The, Siouxsie And The Banshees, Pet Shop Boys, Modest Mouse czy Talking Heads. Tworzył z Bernardem Sumnerem z New Order duet Electronic. Jednym słowem - Marr to bez przesady człowiek-instytucja na wyspiarskiej scenie muzycznej. I teraz, w wieku 54 lat, wydał dopiero trzeci solowy album solowy. Już pierwsze przesłuchanie "Call The Comet" powoduje westchnienie żalu: "Dlaczego tak późno, Johnny, zdecydowałeś się na solową karierę?". 

"Call The Comet" po raz kolejny potwierdza, że Marr to mistrz w pisaniu chwytliwych, ale niebanalnych melodii. Podobnie jak na poprzednich płytach ubiera je w przede wszystkim w szaty gitarowego rocka, ale nie tylko, o czym za chwilę. Właściwie każda z dwunastu kompozycji na tej płycie to materiał na potencjalny przebój. Jednym z dowodów wielkości muzyka jest jego rozpoznawalnośc. Na "Call The Comet" niemal w każdej kompozycji słychać i czuć Marra. Czy to za sprawą charakterystcznego sposobu gry na gitarze, brzmienia tego instrumentu czy też śpiewu muzyka, a Johnny znakomicie sprawdza się także jako wokalista. 

Słuchając nagrań gitarzysty zawsze podświadomie będziemy gdzieś z tyłu głowy mieć nazwę The Smiths. Tym razem nawiązania do tego zespołu pojawiają się właściwie tylko w "Hi Hello", które brzmi jak utwór żywcem wyjętym z jednej z płyt "Kowalskich", nawet śpiew Marra nie odebiega daleko od tego, co prezentował Morrissey. 


Wspomniałem o tym, że na "Call The Comet" mamy nie tylko gitarowego rocka. Oto bowiem "New Dominions" jest zbudowane na pulsującym elektronicznym bicie nawiązującym do....Suicide. Mroczny "Actor Attractor" to z kolei wycieczka w stronę Depeche Mode z ostatnich 2-3 albumów tej grupy, Joy Division z "Closer" bądź płyt Davida Bowiego z tzw.okresu berlińskiego. Motoryczny, przebojowy "My Eternal" mógłby z powodzeniem znaleźć się na jednej z zimnofalowych płyt z pierwszej połowy lat 80-tych: The Cure, Siouxsie and the Banshees, Magazine. Co zresztą nie dziwi mając na uwadze atencję jaką Marr darzy Siouxsie Sioux czy gitarzystę Johna McGeocha (ex-The Banshees, Magazine, PIL). 

Wielu fanów The Smiths marzy o reaktywacji tego zespołu. Jednak słuchając płyt Marra i Morrisseya nie widzę możliwości takiej reformacji. Pomijając już niechęć obu panów do takich pomysłów, to należą oni już do całkowicie odmiennych muzycznych światów. Ich bieżące dokonania muzyczne raczej wykluczają zbudowanie porozumienia na płaszczyźnie artystycznej. I może dobrze, że tak jest. Zamiast oczekiwania na nową płytę The Smiths dostajemy tak wyśmienite albumy jak "Call The Comet" Marra, którym gitarzysta postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Ciekawe, czy ją przeskoczy na kolejnej płycie. Bo, że taka wkrótce powstanie nie mam najmniejszej wątpliwości. 

 

 

Autor: Grzegorz


End of content

No more pages to load