Recenzje

2018-06-19
Lady Pank - "LP1"
Jedna z najbardziej przebojowych płyt w historii polskiego rocka została nagrana raz jeszcze z udziałem znakomitych gości. Efekt końcowy ocenił dla nas Marcin Knapik.
Wykonawca: Lady Pank
Wytwórnia: Agora S.A.
Rok wydania: 2018

Podobają się nam melodie, które już raz słyszeliśmy. Dlatego sporą liczbę sympatyków może zebrać „nowe” dzieło Lady Pank. Słowo „nowe” celowo napisane w cudzysłowie. Oto zespół proponuje nam powrót do przeszłości. Cała pierwsza płyta zespołu. Plus trzy utwory, które nagrane i wydane jeszcze przed ukazaniem się tego albumu. Wszystko zagrane na nowo. Na pewno?

Patrzymy na zestaw gości. I – trzeba przyznać – jest zacny. Tomasz Organek, Krzysztof Zalewski, Lech Janerka, Kasia Kowalska, Artur Rojek, Piotr Rogucki, Grzegorz Markowski, Maciej Maleńczuk i Katarzyna Nosowska. Mieszanka muzyków popularnych w ostatnich trzech dekadach. Można by się spodziewać, że usłyszymy nowe spojrzenia na wielkie hity. I tu zaczynają się schody.

Ciężko jest się też przyczepić do poziomu muzycznego. Tyle, że jednym z powodów tego rzeczy jest niestety to, że pod tym względem dostajemy praktycznie kalkę płyty sprzed 35 lat. To samo, tylko inne głosy. I to nie we wszystkich utworach („Du du” w wykonaniu Panasewicza i „Mała Lady Punk” w wykonaniu Borysewicza). Zauważalnych zmian dokonano pod tym względem w zasadzie tylko w „Mniej niż zero”, gdzie dodano partię akordeonu w wykonaniu Marcina Wyrostka i w „Minus 10 w Rio”.

Mało tu pierwiastka wnoszenia czegoś nowego do utworów. Najlepiej na płycie wypadają „Wciąż bardziej obcy” z wokalem Artura Rojka i „Minus 10 w Rio” z udziałem Katarzyny Nosowskiej. Przykłady, że można jednak wydobyć inne, interesujące oblicze ze znanych piosenek. Tak jak ciężko się przyczepić o poziom muzyczny, ciężko też się przyczepić o poziom wokalny. Ale odczucie, że jest praktycznie tak samo jak w oryginale, jest przez większość albumu zbyt mocne.

W ostatnim czasie wspominkowo się robi w polskiej muzyce. Maciej Maleńczuk śpiewał Młynarskiego. Daria Zawiałow też (w tym przypadku może dojść do śmieszno-strasznej sytuacji, że jej największym przebojem w karierze będzie „Jeszcze w zielone gramy”). Krzysztof Zalewski śpiewa Niemena. A Fryderyka za zeszły rok dostał zespół Hey za dwupłytowy zestaw z reinterpretacjami własnych utworów. Recenzowałem go na tym portalu i pisałem o nim dobrze, nawet bardzo. Ale nagrodzenie go w kategorii „album roku” w kategorii rock było – określmy to sobie delikatnie – nieporozumieniem. Jeszcze dodajmy do tego świetnie oceniany Jazz Band Młynarski-Masecki śpiewający przedwojenne piosenki. Tak, wiem, trzeba przypominać utwory z przeszłości, bo ich nie zapomniano. Ale tak się zastanawiam, czy z polskiej muzyki nie robi się skansen. Ekscytujemy się odświeżaniem i powrotami do przeszłości. I wzdychamy: „Kiedyś to było”. Przypomina to ekscytowanie się i wspominanie przez lata remisu z Anglią na Wembley. I chyba niezbyt dobrze świadczy o naszej scenie muzycznej.

Co do „LP1”, to lepszym rozwiązaniem wydaje mi się jednak posłuchanie oryginału i potraktowanie wydawnictwa, które ukazało się kilka dni temu jako ciekawostkę. Tak będzie najlepiej. Choć teraz się nie zdziwię, jeśli ten album dostanie nominację do Fryderyków.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load