Recenzje

2018-07-01
Lykke Li - "so sad so sexy"
Smutek, melancholia, emocje, przejmująca muzyka – z tym kojarzyła się nam do tej pory Lykke Li. Przykładem był album „I Never Learn”. Teraz przyszła pora na zmiany w jej muzyce. Zresztą trochę się zmieniło w życiu artystki (nowa miłość, dziecko).
Wykonawca: Lykke Li
Wytwórnia: Sony Music Polska
Rok wydania: 2018

Było pięknie, a teraz będzie popowo. „so sad so sexy” to krótki, 34-minutowy album z dziesięcioma utworami. Jest mniej smutku. Nie ma ostentacyjnej radości, ale niewątpliwie jasnych barw jest więcej niż dotychczas. I więcej obecnych muzycznych trendów. Tak, mamy zmiany w warstwie muzycznej.

Więcej popu, więcej trapu i hip-hopu. Niestety, skręt w tą stronę przynosi efekty uboczne. Polegają one na tym, że na jeden udany utwór przypada jeden, w którym coś jest nie tak. Kompozycje takie jak „last piece”, „so sad so sexy” czy „utopia” pokazują, że nowe inspiracje nie muszą oznaczać obniżenia poziomu. Bo to dobre utwory. Ale w innych wpływy muzycznych trendów są aż nazbyt widoczne. Raperskie wstawki w „hard rain” i „two nights” (w tym drugim utworze w wykonaniu rapera Animé) psują kompozycje. Zaś np. „sex money feelings die” po kilku przesłuchaniach i przyjęciu na siebie bitów, które nam proponuje robi się cukierkowe i wkurzające w odbiorze.

„I Follow Rivers” – utwór, który przyniósł artystce wielką popularność. Dzięki remiksowi autorstwa The Magican. Niestety, to ta taneczna i bardziej mainstreamowa wersja weszła do świadomości słuchaczy. I niestety, „so sad so sexy” jest skrętem w tę stronę. Nie jest to zła płyta, jest tam sporo dobrych chwil. Ale można odnieść wrażenie, że artystka wolała poświęcić jakość utworów na rzecz zdobycia większej popularności. Szkoda.


Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load