Recenzje

2018-08-08
Deafheaven - "Ordinary Corrupt Human Love"
"„Ordinary Corrupt Human Love” to płyta zachwycająca na wielu poziomach. Deafheaven dostarczyli album, który pod pozorem „tego samego” przynosi nową porcję zagadek, upadków i wzlotów" - tak zachęca nasz recenzent Jakub Oślak do zapoznania się z nową propozycją amerykańskiej grupy Deafheaven.
Wykonawca: Deafheaven
Wytwórnia: Epitaph / Sonic Records
Rok wydania: 2018

Bywają określani mianem hipster-metalu, fuzją wrzasku, rżnięcia i pejzaży dla mądrali w tatuażach. Chyba specjalnie dla nich zachodnie pisma wykuły miano blackgaze – określające miejsce, gdzie shoegaze wita się z, o zgrozo, black metalem. Prawdy w tym oczywiście tylko pół; owszem, Deafheaven korzysta z wynalazków black metalu, ale w zupełnie innych celach, niż tych, jakie przed laty wyznaczyła Bathory. Deafheaven celuje w długie i złożone kompozycje, które łyka się jednym haustem. W przedziwny sposób te rozwlekłe sesje jazgotu i krzyku koją zmysły, uwalniając nagromadzone emocje i wychodząc z mroku. To muzyka duszy otwartej na światło i piękno.  

Przed kilkoma laty ich album „Sunbather” praktycznie zdefiniował to, co w tamtym momencie liczyło się dla sympatyków różnorako rozumianego post-metalu. Nazwy nazwami, ale ten album zwyczajnie nadał zespołowi tożsamość, której od tamtej pory musieli się trzymać. Jedni ich kochają, inni nie tolerują; to chyba jest, mimo wszystko, miara sukcesu. Wzorem Prometeusza wykradli ogień z czeluści black metalowego undergroundu, aby po swojemu ujarzmić go i pokazać nowym duszom. Tym duszom, dla których liczą się uwalniane w milczeniu emocje, eksplozje hałasu za którymi unosi się cisza, oraz psychoterapia dźwiękami, z jej apokaliptycznym patosem i sceniczną teatralnością.

„Ordinary Corrupt Human Love” to płyta zachwycająca na wielu poziomach. Deafheaven dostarczyli album, który pod pozorem „tego samego” przynosi nową porcję zagadek, upadków  i wzlotów. To także krążek, który wrzeszczy prosto w twarz: post-metal jest nadal gorący i nigdy nie miał się lepiej. To pokaz mocy tego wąziutkiego gatunku oraz możliwości jego dalszego rozwoju. Tu nic nie brzmi trywialnie – ani recytacje, ani instrumentalny wrzask George’a Clarke’a, ani nawałnica gitar, ani nawet łagodne opadanie na pokryte jesiennymi liśćmi klawisze pianina. „Honeycomb” i „Canary Yellow” imponują rozmiarem i mocą, ale powiadam, tą płytę należy przyjmować wyłącznie w całości.


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load