Recenzje

2018-08-25
Taco Hemingway - "Café Belga"
"Café Belga" to nowy album Taco Hemingwaya wydany z zaskoczenia, bez jakichkolwiek zapowiedzi.
Wykonawca: Taco Hemingway
Wytwórnia: Asfalt Records
Rok wydania: 2018

Taco Hemingway, czyli Filip Szczęśniak. Szturmem zdobywał w ostatnich latach coraz większą popularność wykraczającą poza środowisko hiphopowe. Gdy „Następna stacja” dotarła na szczyt listy przebojów radiowej Trójki, był to znak, że coś się dzieje. W tym roku duet z Quebonafide zaowocował płytą „Soma 0,5 mg” i utworem „Tamagotchi” granym wszędzie. Taco nie musi ogłaszać wydania swojej nowej płyty długo przed tym. Tak było i w przypadku „Café Belga” wydanego z zaskoczenia.

O drugim długogrającym albumie Taco Hemingwaya zdążyli się wypowiedzieć od dnia premiery chyba wszyscy. Od ocen o powrocie do formy do opinii mówiącej o „znienawidzonym przez środowisko i uwielbianym przez nastolatki 27-latku, który dotarł do szczytu żenady”. Od 12 lipca (wtedy album pojawił się w internecie) minęło już trochę czasu, więc już na spokojniej można się zająć albumem. Choć ostrożnie, bo Taco już śpiewał w „Kryptowalutach” duetu Taconafide o „ziomkach z Interii” oceniających album przed wysłuchaniem go do końca.

Wysłuchałem „Café Belga” do końca. I to nie raz. Od strony muzycznej to dość rzetelny album. Więcej jest spokojnych bitów. Najbardziej przebojowe jest  „Fiji”. Wakacyjne i popowe. Aż cukierkowe. I w tym numerze Taco głównie śpiewa. Auto-tune też się niestety pojawia. Śpiewającego Taco jest trochę na tym albumie, choćby w refrenie „Café Belga”. Swoim przebojowym bitem narzuca się też „Adieu”. Zaskakuje kończące całość płyty „4 AM in Girona” z rozmarzoną włoską nutą. Ten utwór jest też powrotem do korzeni Taco. Na początku kariery rapował po angielsku i tu też rapuje po angielsku.


Głównym tematem tekstów „Café Belga” jest radzenie sobie ze sławą i to, jak ona męczy. Przewija się to przez cały album. Taco mówi też o tym, czego nie chciałby zrobić („Reżyseria: Kubrick”, „ZTM”) oraz niezbyt optymistycznie próbuje przewidzieć swoją przyszłość w „2031”. Nie brakuje odniesień do projektu Taconafide i jego popularności. Są też odniesienia do różnych postaci czy zespołów: Stanleya Kubicka, Patryka Vegi, Witolda Gombrowicza czy Coldplay. Wątki warszawskie pojawiają się głównie w „Motoroli” i „Modigliani”. O miłości też usłyszymy, m.in. we wspomnianym już „4 AM in Girona”, ale o tekście tego utworu można sobie poczytać także na portalach plotkarskich, więc nie będziemy się tutaj w niego wgłębiać.

Najlepszym momentem płyty jest „Wszystko na niby”, w którym raper zwraca do osób wypominających artyście to, że jego fanami są głównie są nastoletnie osoby oraz to, że Taconafide słuchają wszyscy. Trochę komicznie wygląda to, jak w „Reżyseria: Kubrick” słyszymy słowa: „Nie chce mi się tu biadolić, jaki Filip biedny”, a w „ZTM” i „Abonent jest czasowo niedostępny”: „Chciałbym znowu jeździć ZTM-em”(warszawski Zakład Transportu Miejskiego mógłby to wykorzystać w jakiejś kampanii). Z jednej strony mamy tu ciekawe wersy, np: „Wszyscy nas kochają kiedy wygrywamy, nienawidzą, gdy przytrafi się Senegal” (ładne nawiązanie do tegorocznego mundialu) czy „Szklana pogoda, żyły niebieskie od mefedronu” odsyłające do utworu Lombardu. A z drugiej mielizny, tak jak wers o „miękkich piersiach i twardych narkotykach”. Co jakiś czas słyszymy fragmenty wywiadu z Taco, który przeprowadził Marek Fall.

Taco Hemingway nie jest na tym albumie głosem pokolenia. Nie wysyła słuchacza w podróż warszawskim metrem. Można za to odnieść wrażenie, że chce, by słuchacze usłyszeli jego głos mówiący o jego problemach związanych ze sławą. „Café Belga” nie jest tak fatalne, jak piszą niektórzy. Choć nadmiar tekstów, w których w temacie nacisk kładzie się na siebie mierzi. Nie będę zaskoczony, gdy okaże się, że dwa albumy stworzone przez Taco w tym roku (solowy i w duecie z Quebonafide) znajdą się co najmniej w pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się płyt 2018 roku. Bo modnie jest go słuchać. W dniu, w którym piszę recenzję ogłoszono dwa koncerty Taco jesienią tego roku. Wieczorem na jeden z nich nie było już biletów. Fejm się zgadza – jak to mawia młodzież.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load