Recenzje

2018-08-29
Interpol - "Marauder"
Po czteroletniej przerwie ukazał się nowy album grupy Interpol. Płytę przesłuchał i opisał dla nas Jakub Oślak.
Wykonawca: Interpol
Wytwórnia: Matador Records / Sonic Records
Rok wydania: 2018

Nigdy nie rozumiałem porównań Interpolu do Joy Division, chociaż jedni i drudzy – oddaleni od siebie o 20 lat – przesunęli kierunkowskaz muzyki u zarania swoich dekad. Nigdy też nie rozumiałem dlaczego nowojorczycy są więźniami jednej płyty – Turn of the Bright Lights. Owszem, dała ona sygnał do ataku fali indie-rockowych zespołów takich jak Editors czy The XX we wczesnych latach XXI wieku; lecz, o zgrozo, uwięziła jej autorów w dziwnej kloace genialnego debiutu, od którego nie ma ucieczki. A przecież Interpol wydali znacznie więcej interesujących płyt, równie udanych, jak choćby Antics czy Our Love to Admire. Sukces dusz szedł w parze z sukcesem komercyjnym; tłumy rosły wraz z pojemnością sal koncertowych i umiejscowieniem nazwy zespołu na festiwalowych plakatach. Presja coraz większa, trasy coraz dłuższe, a tłumy coraz wybredniejsze. To cud, że zespół, który nie ma w swoim dorobku czegoś takiego jak przebój potrafił stawiać czoła fanatykom U2 na trasie 360° Tour. Ostatecznie basista/klawiszowiec Carlos Dengler nie wytrzymał i odszedł; kolejne dwa krążki nie były już tak udane, a pozostała trójka stwierdziła, że czas na solidną przerwę. Brakowało świeżej krwi. Brakowało resetu, brakowało porządnej inwentaryzacji i nazwania swoich potrzeb po imieniu. To wszystko miało nadejść wraz z Marauderem, który miał coś udowodnić słuchaczom, jak i muzykom.


Zabierając się za słuchanie Maraudera czuć jest, że zanosi się na spore wydarzenie, co powoduje, że zmysły jakby silniej pracują i chłoną to, czym dana płyta jest. Produkcja Dave’a Fridmanna, fotografia na okładce Garry’ego Winogranda, zagadkowa kampania promocyjna; to wszystko ma znaczenie i rozbudza apetyty. Tym bardziej, że zespół nie zarządza rewolucji; wręcz przeciwnie, brzmi jak powrót do pierwszego levelu, ale już z wiedzą o  tym, co będzie dalej. Marauder to pełen profesjonalizm, zarówno kompozycyjny, jak i produkcyjny. Artyści go przedstawiający wykonują swoją pracę jak zawodowcy, skutecznie i bez dyskusji. Nie ma tu miejsca na chłodne piwnice i twórczą gorączkę. Nie ma tu miejsca na tremę i fascynację. Marauder to coś głębszego; to sukces o zimnym smaku zemsty, to ponowne rozdanie i nonszalancko rozluźniony czarny krawat u każdego z muzyków. 10 zwartych piosenek, gotowych na momentalne oczarowanie słuchacza; a w każdej czycha coś urokliwego, jakiś trafny dźwięk czy dobrze dobrane słowa, może chwytliwy refren, a może gitarowy akord. Zadaniem Maraudera jest brzmieć i pachnieć świeżością, być zapamiętanym i budzić jak najlepsze skojarzenia. To nie mogła być płyta jedna z wielu, płyta-poczekajka (tak jak El Pintor); to miało być to. To miał być krążek, który oddziela „dawny” Interpol od nowego, lepszego muzycznie i bardzej doświadczonego.

Tylko czy tak jest? W moim odczuciu, nie do końca. Ta płyta ma swoje dwie strony, dosłownie i w przenośni. Ta pierwsza jest oczarowująca, chwytliwa (żeby nie powiedzieć przebojowa). Słychać jest, że mamy do czynienia z zespołem, który przychodzi po swoje. Już nie są wiedzioną pasją młodzieżą, lecz doświadczoną grupą fachowców, która nie zapomniała co oznacza talent i niezawodność. To tu kryją się te drobne smaczki, ten diamentowy cukier-puder, który każdej z piosenek czegoś ekstra. Ta dobra strona Maraudera to właśnie sukces detalu, który odróżnia produkt taśmowy od ręcznej roboty. Niestety, ta druga strona to właśnie robota taśmowa, tak dla równowagi z tą rzemieślniczą, odręczną, wykuwaną w milczonym natchnieniu. Ta druga strona zieje nudą i irytuje sztampą. Drzemią w niej ogry i demony wszystkich artystów z ambicjami. Powtarzanie siebie, powtarzanie innych, powtarzanie ogranych do bólu schematów, które w obszarze poważniejszego indie-rocka grało się i słuchało z zaciśniętymi zębami już 10 lat temu. Na pewno Interpolowi nie zabrakło na Marauderze pomysłów; jednak przedstawili je bez konsekwencji, tak jakby nie do końca wiedzieli czy idą w dobrym kierunku. To psuje wrażenia z Maraudera, chociaż sympatyków Interpolu nie odstraszy na długo. Przecież chcąc nie chcąc i tak zaraz powrócą do eksplorowania Turn on the Bright Lights.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load