Recenzje

2018-09-09
Spiritualized - "And Nothing Hurt"
Kosmita znowu nadaje. Po ciągnących się perypetiach na tle zdrowotnym, Jason Pierce wreszcie nadał nowy, radosny komunikat ze swojej orbity okołoziemskiej.
Wykonawca: Spiritualized
Wytwórnia: Bella Union / PIAS Poland
Rok wydania: 2018

Jest dobrze, nic już nie boli, znowu lecimy. Od czasu wydania Sweet Heart Sweet Light można było zacząć wątpić, czy jeszcze kiedyś usłyszymy ten kosmiczny kościół jaki Spiritualized zbudowali sobie w roku 1997. Ladies and Gentlemen We’re Floating in Space – tak brzmiał komunikat owego pamiętnego roku, kiedy muzyka elektroniczna praktycznie nakryła rocka płaszczem niewidzialności. Pierce wcześniej rozdawał karty w stylu shoegaze, jednak dopiero Ladies and Gentlemen... ukazało światu jego unikatowe oblicze. Od tamtej pory porównuje się go do największych szaleńców-geniuszy rock’n’rolla, takich jak Phil Spector czy Brian Wilson, oraz bardziej współcześni Wayne Coyne oraz Anton Newcombe.

W przypadku Pierce’a mówimy o mariażu psychodelicznego space-rocka z elementami muzyki gospel – liturgicznymi chórami, wszechobecnymi organami, bogactwem kompozycji i orkiestracji. Kreatywna jaźń Pierce’a lewituje gdzieś na granicy stratosfery, śpiączki i ascendencji, miotając się pomiędzy trzema wymiarami w poszukiwaniu domu. W muzyce Spiritualized zawsze można odnaleźć szereg często kontrastujących emocji: nadzieja i desperacja, radość i lęk, smutek i błoga nieważkość. Pierce wszystko to wyznaczył swoim albumem z 1997 roku i od tamtej pory starał się wybiegać z promieni jego światła – ale nie na tyle daleko, aby kompletnie stracić orientację. Dzięki temu Spiritualized zawsze byli zespołem – lub raczej okazjonalnym zebraniem muzyków pod batutą geniusza – których dzieła można przyjmować praktycznie losowo, a które różnią się między sobą wyłącznie niuansami.


I nie inaczej jest dziś, gdy słuchamy And Nothing Hurt. To kolejny krok w kierunku światła wyznaczonego przez Ladies and Gentlemen..., jednak ze znacznie większym naciskiem na te kosmiczne smaczki. Powinno to być oczywiste już na etapie okładki, ze spacerującym po pustyni kosmonautą, z tytułem płyty zapisanym kodem Morse’a. Zaraz pod okładką czeka nas brzmienie błogie, nieważkie, mniej natarczywe (nie ma tu 120 muzyków jak na Let It Come Down), jakby sąsiadujące z dream-popem lub nawet muzyką ambient. Część kompozycji przypomina nawet „Deep Blue Day”  Briana Eno, którego medytacyjny potencjał sprawdził się zarówno przy ilustracji księżycowej podróży promu Apollo, jak i metaforycznym nurkowaniu Marka Rentona w toalecie. Dość powiedzieć, że dźwiękowe odloty Pierce’a zawsze zacierały granice rzeczywistości i fantastyki.

And Nothing Hurt to powiew świeżości w dorobku Spiritualized, mimo iż nie odbiega zasadniczo od klimatów w jakich formacja poruszała się dotychczas. Jest to względnie krótki album, ale tu mniej znaczy więcej; chce się go słuchać raz po raz, bez bólu głowy wywołanego nadmiernymi chorałami, nieustającym dronem gitarowego przesteru, albo jękliwym, lekko „reznorowskim” śpiewem Pierce’a. Muzyka na tym albumie działa kojąco; jest łagodna i przyjazna słuchaczowi (kontynuacja trendu ze Sweet Heart Sweet Light), chociaż nie zapomina też o falach dźwiękowego tsunami, jak gdyby Hawkwind spotkał się z orkiestrą mistrza Sun-Ra. Jason Pierce wciąż goni swojego króliczka; podobnie jak Brian Wilson stara się zagrać to, co nie daje mu spać po nocach. Dla nas tym lepiej, dlatego że każda jego płyta jest ciekawa, niebanalna i przede wszystkim zapisana w poczuciu własnego stylu.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load