Recenzje

2018-10-05
Kobong - "Kobong (reedycja)"
23 lata przyszło poczekać na wznowienie płyty, która stała się jednym z największych białych kruków w historii polskiego rocka.
Wykonawca: Kobong
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2018

Dzięki sprzyjającym okolicznościom, inicjatywie wydawcy oraz samych muzyków Kobonga wreszcie możemy się cieszyć zremasterowanym debiutem tej legendarnej grupy. Zespół bowiem w latach 90 był formacją wyjątkową i niepowtarzalną. Iście awangardowa mieszanka rocka, metalu, jazzu jaką fundowali, była czymś absolutnie zjawiskowym. Skomplikowane podziały rytmiczne, gęstość brzmieniowa i potężne uderzenie, czyniły zeń prawdziwą bombę. Zupełnie jakby zderzyć ze sobą King Crimson, Franka Zappę i Primusa. We wznowionym wydawnictwie znajdziemy nie tylko zremasterowany album „Kobong”, którego odświeżeniem zajął się Adam Toczko, nadając całości jeszcze większej dynamiki i polotu, ale także koncert zespołu, zarejestrowany w warszawskim klubie Remont w 1994 roku. Ten drugi materiał to – jak mówią muzycy zespołu – pamiątka po „raczkującym” Kobongu. Ma on też jednak inną dodatkową wartość – został zarejestrowany na szesnastu śladach przez ekipę Złotej Skały, czyli studia nagraniowego i wytwórni, które założył śp. Robert Brylewski.

Słuchając dziś takich kompozycji jak „Dzwony”, „Rege”, czy „Taka Tuka” nie można przede wszystkim odmówić muzykom Kobonga ogromnej pomysłowości i zgrania. Robert Sadowski, Bogdan Kondracki, Maciej Miechowicz i Wojciech Szymański funkcjonowali, niczym wielka, idealnie naoliwiona maszyna. Zespół pozwalał sobie na liczne zaskoczenia muzyczne i potrafił przekuć je na coś bardzo swojego, a zarazem autonomicznego. Hałas zdawał się być ich sprzymierzeńcem, dobrym prądem, który prowadził ich w różnych kierunkach, a jednocześnie zostawiał pole do własnych twórczych rozwiązań.


Przykładem tego są chociażby utwory „PRBDA”, czy „Zbrodnie”, które mimo pozornie stałego rytmu posiadają jednocześnie drugą warstwę muzyczną. Takie dwa w jednym. Zresztą takich kompozycji w całej twórczości Kobonga jest więcej. Nagranie koncertowe objawia natomiast sytuację, kiedy muzyka grupy rodziła się niejako „na gorąco”. Każdy z utworów wyróżnia się bowiem różnymi smaczkami, które niekoniecznie słyszalne są na płycie. Nie dane mi było nigdy zobaczyć Kobonga na żywo, ale wierzę, że każdy z ich koncertów był swoistym osobnym bytem. W wydanym materiale koncertowym wyróżniają się także trzy kompozycje, które nie znalazły się na płytach zespołu: „Mantra”, „Chmura” oraz "Nawet Jeśli" (to akurat pierwsza wersja "Trzcinek"). Pierwsza, zgodnie z tytułem, nieco kołysze, aczkolwiek jest to bujanie typowo „kobongowe”. Druga to dziki i gęsty łamaniec, który kojarzy się trochę z twórczością wspomnianych wyżej King Crimson. 

W planach wydawniczych Kobonga znajduje także wznowienie drugiej płyty zespołu – „Chmury nie było”. Ten krążek nie jest już może tak trudno osiągalny, jak debiut, ale również pozostaje ważnym ogniwem polskiej muzyki alternatywnej lat 90. Cieszmy się więc, że taki zespół się jak Kobong się nam zdarzył, bo drugiego takiego nie było i nie będzie.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load