Recenzje

2018-10-22
Bonnie 'Prince' Billy - "Wolf of the Cosmos"
"To kolejna perła w nieskończonym ciągu współczesnych bardów i wieszczów: David Tibet, Mark Kozelek, Robin Pecknold, Bobin „B'eirth” Eirth, Damon Gough, Jamie Stewart, Joshua Tillman i wielu innych" - tak zachwala nową płytę Bonnie 'Prince' Billy'ego nasz recenzent Jakub Oślak.
Wykonawca: Bonnie 'Prince' Billy
Wytwórnia: Domino Recording / Sonic Records
Rok wydania: 2018

Cichy eskapizm na bezludnej łące, przestroga przed apokalipsą w wygodnych fotelach; muzyka dla podwórkowych kotów, kurcząt i płaczących drzew. Gdy słychać zawodzący, czasami fałszujący głos Willa Oldhama, przygrywającego sobie na banjo przy wtórze skrzypiec i drumli, znaczenie słów może umknąć. Wypsiały, oskubany brodacz w pomiętej czapeczce, wypisz-wymaluj amerykański redneck z południa w stylu country bluegrass. Tymczasem jego słowa zaskakują. Zamiast o ciężarówkach i miłości do barmanki, Will śpiewa o dobrze i źle tego świata: o podzielonym społeczeństwie, o zniewoleniu, nierównościach i zagładzie jaką na siebie sprowadzamy przez grzech chciwości i lenistwa. Jest też trochę o miłości i nieodłącznym jej smutku. To dzięki takiej mieszance freak-folkowego brzmienia i melancholijnych, niepokojących słów, Will Oldham staje się swoim scenicznym alter ego – Bonnie „Prince” Billy. 

To zresztą nie jego słowa; album ten w całości napisała niejaka Susanna Karolina Wallumrød – norweska Tori Amos, której talent odkrył niezrównany w eksploracji dziwnej muzyki label Rune Grammofon. W jej oryginalnym wykonaniu płyta ta brzmiała chłodno i eterycznie, jeszcze bardziej niepokojąco i smutno.

„Wolf of the Cosmos” Bonnie „Prince” Billy to nic innego jak zagranie jej na nowo, ale w typowej dla Willa Oldhama estetyce ciepła domowego ogniska na przyjaznym wygnaniu w amerykańskiej głuszy. Will lubi zarówno grać dla ludzi, jak i od nich uciekać. Przecież w tym roku wydał zdążył wydać jakże wesoły i skoczny album „Best Troubadour”, zbiór wybranych coverów zmarłych muzyków country. Ale to przeciwległy mu „Wolf...”, ascetyczny i samotniczy, jest z tej dwójki ciekawszy. To dzięki tajemniczej autorce słów tych piosenek, pochodzącej z jakże odległej amerykańskiemu południu krainy i kultury.

Poza kontekstem, „Wolf...” to zrównoważony, miodny i delikatny album, który lubi wedrzeć się do głowy i zamieszkać tam na dłużej. Jego największą zaletą jest to uczucie ucieczki – zamknięcia wśród ścian z żywopłotu, spędzenia chwil wśród szumów natury, z dala od linczu tłumu z rozgotowanymi rozumami. Tu gdzie jestem, ból nie ma wstępu. Jest spokój – na stoliku parzy się herbata, skrzypi deska na werandzie, kot upomina się o jedzenie. Bywa tęskno za kimś szczerym i bratnim, bywa źle, gdy tylko przypomnę sobie, że jutro trzeba wstać i wrócić do tłumu. Tymczasem gram na banjo i to wystarczy. Wrażliwość muzyczna Bonnie „Prince” Billy to znak czasów: alternatywna mieszanka dziedzictwa i poszukiwań, eksploracji przeszłości i teraźniejszości w celu uzyskania wspólnego języka dla ludzi z Oslo i Kentucky. To kolejna perła w nieskończonym ciągu współczesnych bardów i wieszczów: David Tibet, Mark Kozelek, Robin Pecknold, Bobin „B'eirth” Eirth, Damon Gough, Jamie Stewart, Joshua Tillman i wielu innych.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load