Recenzje

2018-10-23
Greta Van Fleet - "Anthem Of The Peaceful Army"
Jedna z najbardziej oczekiwanych rockowych płyt tego roku czyli długogrający debiut formacji Greta Van Fleet jest już w sklepach.
Wykonawca: Greta Van Fleet
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2018

Dawno nie mieliśmy do czynienia z zespołem, który w dniu swojego długogrającego debiutu płytowego już byłby gwiazdą. A historia rocka zna trochę takich przypadków; cofając zegar wstecz: Arctic Monkeys, The Music, The Strokes, Interpol, Coldplay, Oasis, Suede, The Stone Roses, The Smiths, The Clash... wymieniać można długo. Greta Van Fleet już dołączyła do tego grona. Bez względu na to jak potoczą się losy tego zespołu, sława i hype się zgadza. Media kochają mieć takiego pieszczoszka, którego można zarówno ubóstwiać jak i gnoić, i oba te warianty przyniosą oglądalność / sprzedaż / kliki. Anthem Of The Peaceful Army to debiut albumowy Grety, chociaż warto podkreślić, że bracia Kiszka wydali rok temu EP-kę i mini-album. Grunt, że jest to krążek mocno oczekiwany; zespół zdążył wyrobić sobie wcześniej „gorącą” markę żywiołowymi koncertami, oraz przede wszystkim swoim stylem grania. Tak naprawdę ocena Anthem... to ocena całej Grety, a wybór jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o jakość tego albumu to dylemat tragiczny.

Gdy pytam poznanego młodego człowieka z Amsterdamu o jego podniecenie przed koncertem Grety tamże, słyszę odpowiedź: ich muzyka jest taka elektryzująca, ten wokal, te gitary, a ich występy to rock’n’roll! Gdy pytam o zespół kogoś starszego, dostaję inny punkt widzenia: wszyscy się tym jarają, a przecież te gnojki grają jak Led Zeppelin. Myślę sobie, wielka mi rzecz; chyba cały rock’n’roll ostatnich czterech dekad jest w jakimś stopniu dłużnikiem Zepów, od Queen po Rival Sons. Nie przewidziałem jednak jednego – gdy wreszcie nastąpił ten odwlekany wewnętrzną przekorą moment posłuchania tych gnojków co brzmią jak Led Zeppelin okazało się, że było to stwierdzenie bardzo łagodne. Greta brzmi dokładnie i w każdym szczególe jak Led Zeppelin! To jakaś kosmiczna ironia, że Anthem... ukazuje się dokładnie 50 lat po nagraniu epokowej, debiutanckiej płyty Zepów. Ludzka pamięć nie jest przecież tak krótka. A może w tych naszych nowoczesno-nostalgicznych czasach nie ma to żadnego znaczenia?


Odpowiedź jak zwykle leży gdzieś po środku. Dwudziestolatek szalejący na koncercie Grety nie będzie analizował historii rocka po to, by sprawdzić czy aby nie kopiują oni kogoś z płytoteki ojca (albo dziadka). Ba, a nawet jeśli kopiują, to Led Zeppelin też bez grzechu nie są, a ich pożyczanie piosenek ze świata bluesa i folku do dziś nie uległo przedawnieniu. Plagiat piosenki to jedno; czy można jednak dokonać plagiatu stylu, bez kopiowania cudzych słów, riffów, melodii? Coś takiego jak plagiat stylu nie istnieje i tylko serca słuchaczy mogą wydać tu jakikolwiek osąd. A te wydają się zupełnie zgodne – Greta to rewelacja naszych czasów. Co z tego, że Joshua Kiszka śpiewa głosem Roberta Planta, wysoko i potężnie, chwilami także jak Ian Gillan i Jon Anderson? Co z tego, że jego brat Jacob używa takiej samej gitary co Jimmy Page, a sekcja rytmiczna ma to samo posuwisto-zwrotne, bluesowo-rockowe tempo? Zeppelini już nam nie zagrają na żywo, ani nawet jeśli – to nie dla chłopaka z Amsterdamu, w Melkweg albo Paradiso.

Więc co z tym Anthem...? Czy to dobra płyta, czy zła? (bo przecież ludzie lubią proste wytyczne) Jeśli odpowiem że dobra, wtedy będzie że poddaje się modzie i nie mam jaj do krytyki czegoś „gorącego”. Jeśli ocenię, że zła – wtedy będzie żem Janusz, wychowany na Trójce, przy Denonku z rockowym pazurem. Najpierw oddam głos Januszowi: co mi po Grecie, skoro mogę sobie puścić Zepów; ba, potrafię nawet wskazać konkretne numery, z których Greta „czerpie inspiracje” („Your Time is Gonna Come”, „Over the Hillls and Far Away”, „How Many More Times”, „Whole Lotta Love”). Co na to uśpiony we mnie nastolatek? Chrzanić to! Ta płyta to rewelacja – to teleportacja w inne czasy, gdzie rock’n’roll był zarówno zakazaną przynętą na wędce libido, jak i podróżą umysłu z frywolnego Londynu ’67 do otulonego kocem miłości Woodstocku ’69. To dzięki takim płytom i takim zespołom możemy sobie w naszych czasach urządzić właśny Woodstock – w Amsterdamie, w Warszawie, albo gdzieś w aucie pomiędzy nimi.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load