Recenzje

2018-11-22
Laibach - "The Sound of Music"
"The Sound of Music to żywy kontekst, który należy pojmować bardziej jako artystyczne zdarzenie – happening – a nie album z muzyką" - napisał Jakub Oślak w recenzji nowego albumu grupy Laibach.
Wykonawca: Laibach
Wytwórnia: Mute / PIAS Poland
Rok wydania: 2018

Powiadają, że płyty rockowe należy odzierać z kontekstu; że istota rzeczy drzemie tylko i wyłącznie w naszych sercach. Dojrzały słuchacz nie powinien dać sobie przesłonić muzyki kontekstem, gdyż może on nieodwracalnie wpłynąć na jej odczuwanie. Ile już płyt weszło do kanonu muzyki rozrywkowej, w kontekście śmierci autora? Czy człowiek słuchający muzyki w XXI wieku jest w stanie zrozumieć, dlaczego płyta nagrana w latach 60-tych jest epokowa, skoro jest mu to czas zupełnie obcy? Gdyby Ian Curtis nie popełnił samobójstwa w 1980 roku, czy dziś setki zespołów wciąż imitowałyby styl Joy Division? Czy Velvet Underground byłby lekturą obowiązkową muzyki alternatywnej, gdyby nie okładka Andy’ego Warhola? Ile kolekcjonerzy płyt byliby skłonni dać za autentyczny egzemplarz singla Sex Pistols God Save the Queen lub Czarnego Albumu Prince’a, gdyby nie wycofanie tych płyt z obiegu? Kontekstu muzyki można unikać, lecz pozostaje on nierozerwalnym elementem jej mistycyzmu - czaru, znaczenia, nauki i sztuki. A w przypadku takich płyt jak The Sound of Music Laibach można powiedzieć, że jest to wręcz sam kontekst, bez muzyki. Wszystko to, co na niej usłyszymy jest tylko elementem prawdopodobnie najważniejszego performance’u w historii tej szalonej, nieprzewidywalnej, niesamowitej grupy artystów.

Trzy lata temu, Laibach został zaproszony do zagrania koncertu w ramach obchodów 70-lecia wyzwolenia Korei Północnej spod okupacji japońskiej. Ich militarny styl, socjalistyczny rodowód oraz „rewolucyjne” i anty-kapitalistyczne podejście do artystycznego czynu ewidentnie spodobały się w Ministerstwie Kultury w Pjongjangu. Innymi słowy, pierwszym „zachodnim” zespołem rockowym, który miał zagrać na żywo w rządzonym totalitarnym rygorem, odseparowanym od światowej kultury kraju, miała być słoweńska grupa artystycznych wywrotowców. Czyż sam ten fakt nie brzmi jak prowokacja i totalny happening? Mało tego, Laibach na tą wyjątkową okazję przygotował występ specjalny – własne interpretacje piosenek z musicalu Dźwięki Muzyki Rodgersa i Hammersteina. Dlaczego akurat Dźwięki Muzyki? Otóż Koreańczycy z Północy dobrze znają The Sound of Music, dlatego że uczą się z niego języka angielskiego. Prowokacja jest wtedy najskuteczniejsza, gdy działa niepostrzeżenie. Gdyby Laibach wykonał coś ze swojego bardziej radykalnego repertuaru, szok poznawczy mógłby być zbyt wysoki. Rzecz jasna, łagodne i wesołe Dźwięki Muzyki zostały wykonane w laibachowym stylu – w marszowym rytmie, z industrialną elektroniką, samplami, projekcjami, oraz kontrastem głosów Miny Spieler, Borisa Benko i oczywiście Milana Frasa.


Efekt tego wszystkiego gromadzi ta oto płyta, The Sound of Music. Od samego początku trudno wyjść z podziwu i dobrego humoru od absurdu tej całej sytuacji. Powtórzmy – pierwszym zachodnim zespołem rockowym jaki wystąpił w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej był Laibach, grający Dźwięki Muzyki. Nawet jeśli nie pamiętamy zbyt dobrze niedzielnych bloków telewizyjnych dla dzieci i młodzieży, przypominam: Salzburg, Alpy, sieroty, niepokorna zakonnica-guwernantka, dorastanie, nauka przez muzykę, śpiew i taniec, Austria siłą przyłączona do III Rzeszy. Mary Poppins w cieniu nadlatujących bombowców. Dla Laibacha to istne rykowisko, które rzecz jasna okazało się kolejnym polem minowym. Ich sztuka od zawsze budziła kontrowersje. Mundury, sztandary, fetysz języka niemieckiego i basowy głos Frasa, cały ten martial industrial – oskarżenie o propagowanie niewłaściwych idei jest tu obowiązkowym elementem całego przedstawienia. Po powrocie do domu obrzucono Laibach obelgami i oskarżono o romansowanie z reżimem (podobnie ma Dennis Rodman, który regularnie jeździ do Korei Płn). Po 40 latach opowiadania tego samego dowcipu, on nadal śmieszy. Dzień w którym Laibach przestaną bulwersować choćby jedną osobę, będzie dniem w którym zwiną kram. Póki co, nie ma takiej potrzeby.

Minął już trzeci paragraf, a ja wciąż nie napisałem wiele o samej płycie, a jedynie o kontekście. O to właśnie tu chodzi. The Sound of Music to żywy kontekst, który należy pojmować bardziej jako artystyczne zdarzenie – happening – a nie album z muzyką. Po pierwsze, to istna beczka śmiechu, która nie tylko bawi swoją groteskowością i absurdem, ale też bruka pozornie niewinny musical dziejący się w Alpach, wśród szarotek („Edelweiss”), sznycli („My Favorite Things”) i pastwisk dla kóz („The Lonely Goatherd”). Z oscarowej klasyki światowego kina, interpretacja Laibach uczyniła to, co niejaki Max Białystok dokonał w swojej sztuce „Wiosna dla Hitlera”. Jest to farsa o podwójnym dnie. Laibach brzmią tu komicznie. Kluczowy jest podział wokali na role, szczególnie w piosence o dorastaniu nastolatki („Sixteen Going On Seventeen”). Fras ze swoim głosem brzmi jak siewca zła – chochlik, demon, zboczeniec, pijak i złodziej. Jest wężem w tej alpejskiej idylli, gdzie z nieba spadają płatki kwiatów, a krowy dają fioletowe mleko. Całości dopełnia koreańska pieśń „Arirang”, utwór wykonany w Pjongjangu wraz z uczniami miejscowej szkoły muzycznej, oraz fragment przemówienia powitalnego przedstawiciela Ministerstwa Kultury. Do tego ta okładna, oczywiście pastiż koreańskiego socrealizmu, zgodny z ideami Dżucze i doktryną partyjną.

Powstaje pytanie, po co to komu? Co Laibachom uderzyło do głów, że znowu wysmażyli coś równie absurdalnego, co słynne covery The Beatles? Laibach to sztuka prowokacji i trawestacji, podobnie jak KLF. To szerszy plan działania, gdzie sens pojedyńczej płyty dostrzeżemy dopiero w kontekście jej nagrania. Przy całej absurdalności i nonsensowności tej sytuacji, Laibach dokonali czegoś pionierskiego. Co więcej, dokonali tego na swoich zasadach, zachowując swoją wywrotowo-happeningową, niezrozumiałą powszechnie tożsamość. Ich występ i ta płyta nie będą rewolucją dla nas – ale mogą nią być dla Północnych Koreańczyków. Być może jest w tym szaleństwie metoda – najgłupszy z prezydentów USA zaszedł najdalej w dialogu z którymkolwiek z Kimów. Kontrowersyjny ex-koszykarz liczący na poprawienie swojego statusu nieoczekiwanie ociepla relacje dwóch państw z atomowymi walizkami. Słynący z prowokacji kolektyw artystyczny z byłej Jugosławii zapoznaje Koreańczyków z muzyką rockową. Być może sednem tego krążka nie jest jego treść, lecz to, jakie myśli wywoła u słuchaczy. Czy nie na tym właśnie polega sztuka? Ma być nie tylko „piękna” – ma przede wszystkim zmusić do myślenia. To oczywiście długa i żmudna praca – Laibach czynią to od 40 lat i nadal bez wielkich sukcesów.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load