Recenzje

2018-11-24
Chris Cornell - "Chris Cornell (deluxe edition)"
Aż 64 kompozycje znalazły się na czteropłytowym boxie wydanym w hołdzie dla jednego z najlepszych wokalistów w historii muzyki rockowej.
Wykonawca: Chris Cornell
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2018

Gdy umiera znany artysta, jego popularność gwałtownie wzrasta na mocy pospolitego lamentu w przestrzeni publicznej. Nagle okazuje się, że wszyscy dookoła byli jego fanami, tylko nie wychylali się. Taka wiadomość wywołuje u słuchacza rachunek sumienia, poczucie winy i żalu: nie doceniałem go na tyle, na ile zasługiwał, nie poszedłem na koncert, nie kupiłem płyty, w zasadzie to znałem tylko jedną piosenkę – tą z radia; a teraz jest już za późno. Wtedy przychodzi chwila zadumy, a następnie rusza machina komercji: greatest hits, tribute shows, wznowienia płyt, musicale, filmy - wszystko w hołdzie pamięci zmarłego muzyka. A gdy żył, ledwo wyprzedawał sale na 2 tysiące widzów. I miał w zasadzie jedną piosenkę – tą z radia co leci, głos jak dzwon, i jeszcze taki dobry teledysk dawno temu w MTV był. Szkoda gościa. Mógł jeszcze pożyć. Już rozumiem czemu radio od rana tylko jego nadaje.

Powiadają, że gdy odchodzą ci najwięksi – te prawdziwe ikony – każdy pamięta gdzie był, gdy dotarła do niego ta wiadomość. Czasami był to grom z jasnego nieba – Kurt Cobain, Michael Jackson - a czasami rzecz zrozumiała, nieuchronna i oczekiwana w trwodze, jak Freddie Mercury. Jedni odchodzili w ciszy, dyskretnie – Richard Wright, George Harrison – a drudzy w błysku fleszy i refleksach policyjnych świateł – Michael Hutchence, Layne Staley. Śmierć Lemmy’ego i Davida Bowie zbiegła się w czasie i została szybko oraz z szacunkiem zaakceptowana (co ciekawe, obaj byli w tym samym wieku). Natomiast wieść o śmierci Chrisa Cornella, tuż po koncercie Soundgarden w ubiegłym roku, była czymś, czego ja osobiście do tej pory nie zaakceptowałem. Nie on, nie Chris – druh drużynowy całego Seattle, mentor legend grunge’u, „starszy brat” Eddiego Veddera i Andy’ego Wooda.


Gdyby żył, tego czteropłytowego post-mortem by nie było, tej elegii, epitafium, czy moralitetu. Jednak dopiero gdy słucham tych jego piosenek, ułożonych chronologicznie i tematycznie, dociera do mnie jak bardzo mi go brakuje. Widziałem Soundgarden na żywo raz, w Berlinie – i nigdy tego nie zapomnę, gdyż był to jeden z najbardziej hałaśliwych koncertów w jakich uczestniczyłem. Cornell zawsze był tym, który jest – i który robi swoje. Był siłą i ostoją, głosem i osobowością. Nigdy nie był gwiazdą, a jego Soundgarden pozostało do końca wierne brzmieniu, jakie współtworzyli. Oczywiście Cornell to nie tylko Soundgarden; to także Temple of the Dog (bezpośredni protoplasta Pearl Jam), Audioslave (z muzykami Rage Against the Machine, oprócz Zacka), oraz sztuki solowe – takie w stylu Dylana, Springsteena czy Neila Younga – z gitarą akustyczną, stołkiem i coverami.

Box podsumowujący twórczość Chrisa Cornella to w sumie 64 piosenki, ale bynajmniej nie jest to cały materiał, jaki stworzył. Mamy tu oczywiście ciężki i dziki szał wczesnego Soudngarden („Loud Love”, „Hands All Over”), jak i późniejsze przeboje („Black Hole Sun”, „Spoonman”). Jest Audioslave, który miał być jednorazowym projektem, a wyszły im trzy longplaye. Jest Temple of the Dog – hołd dla Andy’ego Wooda, z którego zrodził się Pearl Jam. Wreszcie, Chris solo – poligon doświadczalny – zaczynający od niewinnych rockowych ballad, ale kończący na znienawidzonej i do dziś wyśmiewanej przez fanów płycie Scream. Jest piosenka „Seasons” ze ścieżki dźwiękowej do filmu Singles, wyraz miłości do Seattle i Led Zeppelin. Są covery – zabawna „Ave Maria”, niesamowite „Nothing Compares 2 U”, oraz zupełnie wyjątkowe „One”. Mianownik wspólny – jeden z najlepszych głosów w rocku.

O życiu i śmierci Chrisa nie będę dyskutował. Przecież nie znałem go, chociaż wydaje się inaczej. Nie potrafię myśleć i mówić o Chrisie w czasie przeszłym. Żadne słowa nie odwrócą tego, co się stało – i nie wiem nawet, czy powinny. Tak zdecydował ten, który owe życie posiadał, a którego trawiły od wewnątrz demony dla wielu obce. Na szczęście pozostała z nami muzyka – ten rozdzierający uszy wrzask, te ponure słowa, oraz ten dyskretny uśmiech, który zdradza, że to tylko na niby. Chris na koniec swojego ostatniego koncertu wplótł fragment „In My Time of Dying” Zeppelinów, co wielu odczytało jako gest pożegnalny. Na koniec tego boxu również słyszymy Zeppów – ale „Thank You”, to samo które Robert Plant zaśpiewał na cześć Mercurego. W tym też jest jakaś symbolika i ukłon z innego wymiaru. Ale nie zamykajmy Chrisa w tym jednym boxie; niech to będzie dobry pretekst do gruntownego zapoznania się raz jeszcze z całą jego twórczością (może poza płytą Scream). 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load