Recenzje

2019-01-23
Sleep - "The Sciences"
Amerykańscy pionierzy stoner/doom metalu zagrają 9 kwietnia w warszawskiej Progresji. Będą promować wydany w ubiegłym roku album "The Science", którego recenzję napisał dla nas Jakub Oślak.
Wykonawca: Sleep
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2018

Nie jest za późno, aby odkryć jeden z albumów roku 2018. Wyszedł znienacka i nieoczekiwanie, chociaż Sleep po okresie zawieszenia dawało wiele całkiem  konkretnych oznak życia. The Sciences to materiał wybuchowy o opóźnionym zapłonie – tykająca bomba spalinowych riffów i metalicznych przesterów, sprzęgła od ogromnego, starego Tarpana, któremu po 20 latach snu znów kazano ruszać. Otwierająca, tytułowa kompozycja nie daje zbyt wiele pola do semantycznej krytyki – oto maszyna, którą nazywają definicją stylu stoner rock, powoli wraca się do życia, niezadowolona i markotna. Czy w temacie gęstych, głębokich riffów można powiedzieć jeszcze coś ciekawego i nowatorskiego? Pewnie nie za wiele – i ta płyta genialnym wyjątkiem nie jest – a jednak ponury, głębinowy bas w rękach Ala Cisnerosa, oraz gitara Matta Pike’a odziedziczona po Page’u i Iommim, nadal elektryzują. Lub raczej, kopią prądem. Wraz z obecnym perkusistą trio, Jasonem Roederem, panowie nie stronią od magii palonych ziół i konsekwentnie tłumaczą ich moc na język muzyki. Rozwleczone jak gorący asfalt numery to bardziej jamy niż ustrukturyzowane kompozycje. Nie ma tu mowy o jakichś popisach czy wirtuozeriach – tu rządzi ciężki, senny riff, przetworzony przez stosy aparatury studyjnej.

Sedno tej płyty nie tkwi być może ani w jej nowatorskości, ani też w nadmiernym polocie. W ciągu niecałej godziny jej trwania, The Sciences nie porusza wielu odmiennych tematów, skupiając się na eksplorowaniu wytrzymałości gitar i bębenków słuchowych w sposób monotonny i konsekwentny. Ale właśnie o to w tym chodzi – o hipnozę i zapomnienie o iluzji upływającego czasu. Na pustyni Mojave czas nie istnieje – liczy się tylko wiatr, piach i słońce. To one są tu omenem sił nieczystych, które Sleep przywołują tak jak nakazali im przed laty Black Sabbath. To w zasadzie destylat stylu, jaki pionierzy ciężkiego grania zaszczepili w sercach rzeszom swoich wyznawców. Diabła i śmierci tu jednak nie ma. Sleep, pomimo ciężaru swojej muzyki, ma misję jak najbardziej pokojową – relaksującą, uspokajającą, rozweselającą, otwierającą oko wyobraźni na niepohamowaną kaskadę obrazów i skojarzeń, jakie niepostrzeżenie zamieniają się w świadomy sen. Słuchając Sleep mam wrażenie obecności w warsztacie samochodowym, gdzie co chwila mechanik testuje zawory, przekładnie i sprzęgła. Wszystko to oczywiście po rytualnym amerykańskim śniadaniu złożonym z jaj, tostów i kawy, gdzieś w ostatniej knajpie przed pustynią Mojave. Albo w stołówce misji na Marsa.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load