Recenzje

2019-01-28
White Lies - "Five"
White Lies już po raz piąty udowadniają, że na swoich płytach nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Będziemy się mogli o tym przekonać już 1 lutego, a tymczasem prezentujemy recenzję albumu "Five" napisaną przez Jakuba Oślaka.
Wykonawca: White Lies
Wytwórnia: PIAS
Rok wydania: 2019

Dwa i pół roku temu napisałem o nowej wówczas płycie White Lies zatytułowanej Friends, że to ich najlepszy krążek. To samo mogę dziś napisać o FIVE, chociaż postawiłbym pomiędzy nimi dwoma znak umownej równości. Równości, gdyż są to płyty równie dobre, dopracowane, przebojowe i euforyczne. Umownej, gdyż da się wyczuć drobne różnice w ich brzmieniu. Jest jasne, że White Lies nie stoją w miejscu, chociaż pozornie tak właśnie jest. To mistrzowie doskonalenia rzemiosła. Wystarczy po 12 latach posłuchać ich debiutanckiego To Lose My Life, jakże porywającej płyty, a potem FIVE – aby zrozumieć dystans jaki przebyło to trio. Panowie uwielbiają bawić się piosenką, próbując za każdym razem napisać przebój o chwytającym refrenie czy porywającej do tańca melodii. To zespół, który nie boi się grać popu, jaki nauczył świat grać New Order. Ich źródło sukcesu to dziedzictwo post-punka i synth-popu, czyli dwóch trendów, jakie do dziś ukierunkowują muzykę rozrywkową. To radosne, gitarowe indie w stylu The Killers czy Editors, a jednocześnie ciężkie od klawiszy przeboje, jakie mogliby w swoich czasach ułożyć Tears For Fears, INXS czy Simple Minds.

Pomimo ładunku przebojowości i przyjaznego nastawienia do radia i powszechnych mediów, muzyka White Lies nie huczy na każdym rogu. Nawet w Londynie, skąd pochodzą, są traktowani odrobinę jak młodsza wersja Editorsów (którzy też wielkimi headlinerami nie są). I bardzo dobrze; dzięki temu, możemy doświadczyć przebojowości jaką prezentują na FIVE w atmosferze intymności i osobistości. To coś jak randka, na której wielka gwiazda okazuje się być zwykłym człowiekiem – co tylko podgrzewa zauroczenie i radość wywołaną w trafionym nią nieszczęśniku.


FIVE zauracza już na starcie – „Time to Give” to jeden z tych kawałków, które od razu zapisują swój chwytliwy refren w membranie, gotowy do odtwarzania przez następne trzy dni. „Kick Me” to następny pocisk, chociaż już w innym tempie i atmosferze. Dalej „Tokyo”, gotowy materiał na imprezowy hymn, lub też słuchaną do znudzenia piosenkę przez bohatera serialu o skołowanej światem młodzieży. Każdy z tych dziewięciu numerów (to zaskoczenie, że nie dziesięciu) to osobny urok i opowieść. Razem tworzą zbiór przebojów, które nigdy nie będą przebojami dla mas, lecz wyłącznie dla sympatyków zespołu.

Być może właśnie dlatego White Lies tylu owych sympatyków gromadzi. Ich brzmienie, muzyka i słowa sprzyjają dobrej zabawie, radości ze spaceru wśród słonecznych ulic w czerwcu, szybkiej jeździe samochodem czy wspólnym czasie spędzonym wśród znajomych. To muzyka dobrych chwil, pereł w ponurej codzienności toczonego nienawiścią świata. FIVE to znakomite memento – tacy jesteśmy, głęboko w sobie – pogodni i radośni, lubimy tańczyć i chodzić na koncerty, celebrując wspólne chwile i zatrzymany na kilka godzin czas. Ta płyta brzmi tak, jak powinien wyglądać dzień idealny, bez noży ukrywanych w kieszeniach i gorzkich słów które mamy odwagę mówić tylko przez twittery. FIVE wygrywa także faktem, iż nie jest jednoznacznie optymistyczna, co brzmi wyraźnie w jej końcówce. Mimo to, jest to krążek, który powinni wziąć sobie do serca ci, którzy desperacko szukają o tej ponurej porze ponurego roku czegoś dobrego i rozgrzewającego. Sceptycy zignorują ten krążek jako naiwny i schematyczny, tak niewyszukany jak jego tytuł (to piąty album zespołu) i okładka (tak, to tytuł zapisany Braillem). Ale dociekliwi znajdą w nim sam miód i sporą nagrodę za wiarę w ten zespół.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load