Recenzje

2019-02-01
Rustin Man - "Drift Code"
Były gitarzysta grupy Talk Talk Paul Webb powrócił po 16 latach pod szyldem Rustin Man.
Wykonawca: Rustin Man
Wytwórnia: Domino Records
Rok wydania: 2019

Nie przypuszczałem, że Rustin Man może wydać nowy album; chyba nikt nie przypuszczał, nawet stojący za tym projektem Paul Webb. Wydawało się, że Out of Season będzie jednorazowym strzałem, mimo że „sprzedał się” bardzo dobrze, jako fałszywy album Portishead. Dla przypomnienia, jesienią 2002 byliśmy świadkami owocu spotkania dwóch światów – muzyków Portishead i Talk Talk, w osobach Beth Gibbons i Paula Webba, wspomaganych przez swoich stałych partnerów, odpowiednio Adriana Utleya i Lee Harrisa. Gibbons dostarczyła słowa i swój wspaniały, neurotyczny głos, a panowie zagrali na całym arsenale instrumentów. Była w tym także sekcja dęta, smyczki, organy i pianino, cymbały i perkusjonalia, cała orkiestra w komplecie z dyrygentem. Płyta ta jest po prostu poważna, zrobiona w starym stylu – jazzowo-folkowym, bardzo filmowym, trochę jakby z innego czasu i rzeczywistości. Jej melancholijne, nieco depresyjne brzmienie równoważyło rozmach, elegancję i styl. Krążek do dziś ma swoich sympatyków i zajmuje na ich półkach należne sobie miejsce. I to, wydawało się, było wszystko.

Tymczasem okazało się, że Paul Webb zmajstrował sequel tego sukcesu, który ukazuje się po 16 latach, w zupełnie innej rzeczywistości. Drift Code jest bliski swojemu poprzednikowi, mimo iż większość przemawia za brakiem jakichkolwiek punktów wspólnych. Przede wszystkim, rozmach Out of Season uszedł z dymem; teraz obowiązuje domowe zacisze i pełna dyskrecja. Niemal słychać trzaskające iskry w kominku, gdzieś na odludziu w Essex, gdzie Webb osiadł wraz z rodziną. Nie ma kolegów z Portishead, nie ma orkiestry z dyrygentem, tylko wierny przyjaciel Lee Harris pomógł jak zwykle z perkusją, raz kameralną, raz mocniejszą. Za wszelkie instrumenty – oraz śpiew! – odpowiada Webb. To jego notes, jego szuflada, do której przez te kilkanaście lat spływały pomysły, szkice i niekoniecznie pobożne życzenia. Drift Code jest tak różną płytą od Out of Season jak tylko można to sobie wyobrazić. W zasadzie są to albumy różnych artystów; wtedy Webb miał do dyspozycji wszystko – dziś, tylko siebie i swoje studio. To właśnie stanowi największy atut, oraz, paradoksalnie, punkt wspólny z debiutem Rustin Man.


Słuchając Drift Code nie mogę oprzeć się wrażeniu nagrania demo, gdzie muzyk rejestruje swój występ w przedpokoju, w komplecie z tykaniem zegara i pluskiem ryby w akwarium. Produkcja jakby żadna, głos lekko fałszywy, wykorzystany w celach poglądowych, nie artystycznych. W tym cała magia – Webb zagrał na wszystkich instrumentach i mozolnie poskładał je w studiu jak puzzle. Kompozycje są wyraźnie ułożone pod jego łamliwy, acz ujmujący głos, odrobinę przypominający manierę śpiewu Davida Bowie. To bardzo intymne nagranie, w którego powstanie nie wierzył nawet sam Webb; tłumaczy, że te piosenki nie czynią zbyt dobrej, spójnej płyty, gdyż powstawały odrębnie od siebie, w innym czasie, z różnych inspiracji. Przesadna skromność; płyta jest świetna, wciągająca, magiczna i rzecz jasna neurotyczna i depresyjna. Obowiązkowy smutek jest nam tu podany w sposób poetycki, autorski, z delikatną gitarą akustyczną i miotełkami na perkusji. Bardzo oszczędnie, ale jakże wymownie. De facto, Drift Code leży bliżej późnych płyt Talk Talk i Marka Hollisa, niż Out of Season.

Siłą Drift Code jest muzyka i serce na rękawie artysty ją wykonującego. Paul Webb ma w sobie podobne pokłady wrażliwości, co niegdyś Nick Drake czy Snowy White. W brzmieniu tego krążka da się usłyszeć niedopowiedziane mistrzowstwo, jak u McCartneya czy Neila Younga. Jego estetyka pozostaje ponura i melancholijna, zadająca pytanie o życie i śmierć nie gorzej niż Soulsavers z Laneganem, Cave czy Waits. Ten krążek nie zdobędzie takiego poklasku jak Out of Season – jest zbyt skromny. Ale tym bardziej zasługuje na naszą uwagę, do czego zachęcam.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load