Recenzje

2019-02-11
Sharon Van Etten - "Remind Me Tomorrow"
"Ten krążek otwiera przed Sharon nowe okno, gdzie nie ma żadnego schematu i sztampy, lecz pozostaje pole do popisu w każdym możliwym kierunku" - to fragment naszej recenzji nowej płyty amerykańskiej wokalistki i aktorki Sharon Van Etten zatytułowanej "Remind Me Tomorrow".
Wykonawca: Sharon Van Etten
Wytwórnia: JagJaguwar / PIAS Poland
Rok wydania: 2019

Sharon Van Etten to cicha rewelacja sezonu. Jej kariera to archetypiczna, ale krzepiąca historia self-made woman, która przybyła do Nowego Jorku z gitarą pod pachą i głową w chmurach. Pracowała w kawiarniach i sklepach płytowych, przebywając wokół muzyki, chłonąc ją i przekazując dalej – w formie CDrów domowej roboty. Jej styl był typowym ukłonem wobec historii amerykańskiego folku, szczególnie w wydaniu kobiet takich jak Carole King, Joni Mitchell czy Joan Baez. Sharon została wreszcie odkryta i zaproszona pod strzechy prężnych, niezależnych labeli, w tym jej obecnej wytwórni Jagjaguwar, gdzie jej twórczość nabrała nowego wymiaru. Do tej pory panowała intymność i wczesno-dylanowska asceza – głos, gitara i ja. Teraz, mimo obecności tabunów muzyków wspomagających, styl Sharon nie uległ zmianie, a jedynie nabrał głębi, dojrzałości i powagi. Nadal obowiązuje folk i autorskie piosenki, cichy protest i niezależna, trzecia droga. Tak dochodzimy jednak do 2019 i nowej płyty Sharon Remind Me Tomorrow, gdzie, tak naprawdę, zmienia się wszystko.

Krążek ten zaczyna się dosyć niewinnie i przewidywalnie, ale już od drugiej piosenki staje się jasne, że Sharon zrzuca folkową skórę i bierze w obroty elektronikę. Inspiracją dla artystki była epizodyczna rola w trzecim sezonie Miasteczka Twin Peaks, w którym zagrała po prostu siebie – muzyka na scenie w klubie Roadhouse (tym samym, w którym 25 lat temu śpiewała Julee Cruise). To właśnie na planie serialu poznała innego aktora Michaela Cera, który zapoznał ją z pięknem klasycznych syntezatorów. Sharon wiedziała, że jest to dla niej terra incognita, ale podjęła to wyzwanie. Dzięki temu, jej brzmienie uległo zupełnej przemianie; intymność zeszła na drugi plan, a w jej miejsce wskoczył rozmach, eklektyczność, filmowość, a przede wszystkim mrok i niepokój. Sharon z łagodnej, „ulicznej” śpiewaczki stała się drapieżną wokalistką, taką jak Kate Bush, Tori Amos czy Stevie Nicks. Stała się kreatorką swojej rzeczywistości, z błękitnym fenderem na ramieniu i przyciętą fryzurą w stylu Joan Jett. To inna artystka – a Remind Me Tomorrow to inna płyta, jakby ponowny debiut i tabula rasa.


Remind Me Tomorrow to niezwykle wciągający krążek. Jak każda płyta, która zrywa z banałami, tak i ta wymusza na słuchaczu wielokrotną audycję. Każdy numer pochodzi z innej bajki, ale razem tworzą zaskakująco spójną i harmonijną całość. W głowie pozostają przede wszystkim przeboje, czyli „Comeback Kid” i „Seventeen”, piosenki wypisz-wymaluj w stylu Alison Goldfrapp czy Joan Wasser. Tuż obok nich czekają nas eksperymentalne klimaty, takie jak „Memorial Day” czy „You Shadow”, które eksplorują możliwości elektroniki i indukowanej nią atmosfery sennego mroku. Sharon nie brzmi tu jak Carole King, która przygrywa swojemu kotu na fortepianie; dziś jest Martiną Topley-Bird lub Beth Gibbons, które objawiają się we śnie, aby omamić słuchacza poezją i niepokojem. Pomimo swojego rozmachu, Remind Me Tomorrow pozostaje rzeczą introwertyczną, a gdy wsłuchamy się w słowa piosenek, zastaniemy tam sporo osobistych wyznań, które ulatują z dymem przez okno. Ta płyta to z jednej strony wyzwolenie nowej artystki, ale z drugiej bagaż doświadczeń i zaszłości.

Nie nazwałbym Remind Me Tomorrow zmianą stylu grania Sharon, lecz jego ewolucją. To rozwinięcie pewnego DNA, które zaistniało w momencie gdy artystka po raz pierwszy nagrała dźwięk swojej gitary ze słowami z jej zabazgranego notesu. To dalszy ciąg opowieści self-made woman, która weszła w nowy, trzeci sezon. Ten krążek otwiera przed Sharon nowe okno, gdzie nie ma żadnego schematu i sztampy, lecz pozostaje pole do popisu w każdym możliwym kierunku. To obszar, który mają dobrze opanowany takie artystki jak Cat Power i PJ Harvey, a także Anna Calvi: to miejsce, gdzie tożsamość artystki przestaje odgrywać rolę, a pozostaje wyłącznie podziw dla jej brzmienia i pomysłowości. 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load