Recenzje

2019-02-22
Daniel Spaleniak - "Burning Sea"
Nowy niezwykły album kompozytora muzyki filmowej, songwritera i gitarzysty Daniela Spaleniaka został wzięty pod lupę przez Jakuba Oślaka.
Wykonawca: Daniel Spaleniak
Wytwórnia: Antena Krzyku
Rok wydania: 2019

Są takie chwile w życiu, gdy słowa przeszkadzają. Są to momenty zadumy, refleksji, frasunku, lub po prostu pustki. To kruche szkło; gdy rozbite, wylewa wodospad lamentu, płaczu, gniewu i załamania. Jak głosi refren największego przeboju Depeche Mode, Words are very unnecessary, they can only do harm. Enjoy the silence. Każdy takie chwile przeżywał w swoim życiu; a jeśli nie, to jeszcze wszystko przed nim. Jednakże, parafrazując jedną z głębokich myśli Roberta Frippa, cisza to wino w kielichu muzyki. Ją również bardzo łatwo jest rozbić – czasem wystarczy jeden fałszywy gest, aby ta krucha konstrukcja pękła, rozlewając złe emocje po wszystkich zebranych. Jeśli zostanie uniesiona ostrożnie, potrafi wypełnić tą pustkę, a nawet zniwelować jej działanie. Muzyka bez słów, muzyka tła, ambient, post-rock, muzyka otoczenia, oraz muzyka filmowa. Chwile zagubienia najlepiej łagodzą takie właśnie dźwiękowe obyczaje, gdzie nie ma słów, a cisza łagodnie wypełnia nastrój i katalizuje złą pustkę.

Polska scena muzyczna nie słynie z tego typu dźwięków; co nie oznacza, że rodzimi artyści w ogóle się nimi nie zajmują. Gdy zaczniemy szperać, okazuje się, że jest ich całkiem sporo; jednak ich nisza pozostaje schowana, wręcz utajniona, co w dzisiejszych dysruptywnych czasach conajmniej dziwi. Dobrym prognostykiem bliskiej przyszłości okazuje się jednak być Daniel Spaleniak, a konkretnie jego najnowszy krążek Burning Sea, wydany w niezrównanej Antenie Krzyku. Daniel jest postacią dyskretną, stojącą za ścieżkami dźwiękowymi do zachodnich seriali (m.in. Ozark), wprowadzanych pod polskie strzechy dzięki, a jakże, dysruptywnym innowacjom telewizyjnym. Poza muzyką filmową, Daniel tworzy także nowoczesne bluesowo-folkowe ballady, które, pożenione z dyskretną, studyjną elektroniką, idealnie nadają się właśnie do ilustracji ruchomych obrazów i emocji jakie ze sobą niosą. Jednak to jego instrumenty i zmysł nastroju, nie słowa, stanowią o uroku i sensie płyty Burning Sea.

Ten krążek pływa w samych instrumentach. Głos Daniela słychać tu tylko chwilami, w tym końcowej, tytułowej kompozycji – idealnego finału. Zanim do niego jednak dojdziemy, trzeba się przebić przez układankę z ciszy – dyskretnych, scenograficznych ujęć chwil stanowiących o naszych emocjach. Mimo iż jest to materiał filmowy, tak naprawdę stanowi autonomiczny byt, w który można dać nura bez znajomości ruchomych obrazów. Ba, to nawet lepiej; wtedy trzecie oko samo wytworzy swoje obrazy i podpowie je reszcie organizmu i duszy. Właśnie w ten sposób działa muzyka, pozwalając słuchaczowi przenieść się gdzieś, poczuć coś lub zobaczyć bez używania zmysłów. Daniel zdaje się doskonale rozumieć to znaczenie i wie co zrobić z gitarą, basem czy bębnem, aby to osiągnąć. Burning Sea to nie prosty, pojedyńczy gatunek, którego definicję znajdziemy w Wikipedii; tu możemy dopasować zarówno elementy ambientu i dronów, jak i ździebka post-rocka czy elektro-akustyki.

Jednym z najsilniejszych punktów kompozycji Burning Sea jest ich chwilowość. To nie są niekończące się pasaże Steve’a Roacha, czy pętle Williama Basinskiego. Tutaj za punkt odniesienia niech posłuży Shenzhou Biosphere, lub oczywiście Music For Films Eno. To krótka forma, kilka spadających dźwięków, fotografie chwil i wspomnienia emocji. To widok planów filmowych, które opuścili aktorzy. To melancholijne zdjęcia Lasse Hoile, to T Bone Burnett i czarny kurz wdychany nocą. To Michael Cashmore i Ben Chasny i łzy spadające na struny. To wreszcie Angelo Badalamenti i ponowna wizyta w Luberton, tym razem po katakliźmie medialno-społecznościowym. To chwile pustki emocjonalnej, które pojawiają się nagle, niezapowiedziane i nieproszone, jak drżenie dłoni czy zimny pot. Burning Sea łagodzi te sytuacje, zaklina ciszę w chwile i niweluje widmo pustki i paniki. Życzę sobie więcej takiej muzyki od polskich artystów, a Danielowi zlecenia na czwarty sezon True Detective.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load