Recenzje

2019-02-25
Mercury Rev - "Bobbie Gentry's The Delta Sweete Revisited"
Amerykańska grupa Mercury Rev oddała hołd nieco zapomnianej już piosenkarce Bobbie Gentry.
Wykonawca: Mercury Rev
Wytwórnia: Bella Union
Rok wydania: 2019

Ta płyta ma wielu bohaterów. Pierwszym jest tytułowa Bobbie Gentry, amerykańska piosenkarka, której debiutancki album Ode to Billie Joe strącił ze szczytu Billboardu Sierżanta Pieprza Beatlesów. Amerykanie uwielbili ją miłością natychmiastową jako królową ich ukochanego country, chociaż jej styl łączył w sobie przede wszystkim obowiązujące elementy folku, bluesa i ówczesnego popu. Bobbie wychowywała się w stanie Mississippi, w duchu tradycyjnych wartości rodzinnych, religijności i południowego konserwatyzmu. Jej rodzimy stan, jeden z symboli epoki niewolnictwa i gospodarki plantacyjnej, prezentował dziedzictwo muzyczne, które wywarło wpływ na gustach całej Ameryki Płn. Bobbie chłonęła muzykę gospel, jazz, bluesa, soul i rock’n’rolla. Jako artystka polegała wyłącznie na własnych tekstach i muzyce, co było w tamtych czasach – dla kobiety – czynem pionierskim. Mimo iż Ode to Billie Joe okazała się rewelacją, wielu krytyków zignorowało jej znaczenie, tłumacząc sukces niewątpliwą urodą autorki, a nie talentem i odwagą. W swoich tekstach i brzmieniu Bobbie przemycała coś więcej niż uśmiechniętą na widok pól kukurydzy i ciężarówek pick-up americanę; jej płyta była biografią, manifestem i emancypacją kobiety zmęczonej etosem bogobojności i mężobitności. Jako artystka miała więcej wspólnego z Janis Joplin i Joan Baez, niż Lorettą Lynn czy Dolly Parton; była rebeliantką, która nie bała się iść swoją drogą, znała swoje atuty i nigdy nie traciła klasy. Jej kolejny krążek – The Delta Sweete – mimo iż prezentował jeszcze więcej niezależności i odwagi artystycznej, nie spodobał się. Skazany na los „drugiej płyty”, nie dał rady narosłym po rewelacyjnym debiucie oczekiwaniom. Kariera Bobbie trwała kilkanaście lat, po czym artystka wyparowała – po prostu zeszła ze sceny i widoku głodnych oczu – co jeszcze bardziej podsyciło jej legendę i tajemniczość. To właśnie tej legendzie składa dziś hołd zespół Mercury Rev i jego goście.

Ci goście są tu zbiorowym, drugim bohaterem. To zastęp doskonałych wokalistek, różnych narodowości i pokoleń, o różnych stylach i barwach głosu. Każda z nich wykonuje po jednej piosence pochodzącej z płyty The Delta Sweete (z jednym wyjątkiem). Dlaczego akurat z niej? Mercury Rev uznali, że w lepszym stylu przypomną światu legendę Bobbie Gentry sięgając po jej mniej popularny krążek, niż domyślny, genialny debiut. Po 50 latach od swojej premiery, The Delta Sweete doczekała się zatem należnej sobie uwagi i uznania. Dzięki takim głosom jak Norah Jones, Rachel Goswell (Slowdive) czy Hope Sandoval (Mazzy Star), Bobbie Gentry ponownie triumfuje.


Każda z wokalistek wkłada w tą płytę swoje serce pełne indywidualności i tajemnicy; nawet jeśli tego nie wiedzą, są one w jakimś stopniu dłużne Bobbie i teraz ten dług wdzięczności spłacają. Jones jest z całego zestawu najpopularniejsza (córka Raviego Shankara, uwielbiana chociażby w Polsce), a Goswell i Sandoval to ikony muzyki niezależnej, offowej i pionierskiej. Mało tego, wśród wokalistek są też postaci nieanglojęzyczne - Susanne Sundfør, Carice van Houten oraz Laetitia Sadier (Stereolab). Ale na tym nie koniec; wśród głosów możemy podziwiać wschodzące debiutantki, takie jak rewelacyjna Phoebe Bridgers, oraz weteranki – Lucindę Williams i Vashti Bunyan. Ta ostatnia zasługuje na osobną historię. Ta brytyjka o korzeniach hinduskich wydała w 1970 r. płytę Just Another Diamond Day, rewelacyjny album z pogranicza pastoralnego folku i psychodelii. Wówczas kompletnie bez echa; dziś, obrasta prawdziwym kultem, a krążki z pierwszego tłoczenia osiągają absurdalne sumy wśród kolekcjonerów. Sama wokalistka dzięki temu cieszy się już od kilku lat ponownym odkryciem, czego dowodem jest chociażby udział w płycie Mercury Rev. Zatem, dwie pieczenie na jednym ogniu?

Na koniec, paradoklsanie, Mercury Rev. Ikony muzyki niezależnej, rocka alternatywnego i psychodelicznego, wolnego od sztampy, szufladek, uprzedzeń, oczekiwań i różnic artystycznych. Robią co chcą od wielu lat i za każdym razem przynoszą krążek rewelacyjny, nieprzewidywalny, odjechany, często trudny w odbiorze, ale nigdy nie schodzący poniżej pewnego ustalonego poziomu. Tym razem otrzymujemy płytę, na której jej „dyrektorzy artystyczni” stoją na drugim planie. Tu królują wokalistki oraz legendarna autorka tych piosenek, która żyje i ma się dobrze, tylko wolała zniknąć i zaszyć się w domowym zaciszu, podobnie jak Mark Hollis (Talk Talk) czy John Deacon (Queen). Mercury Rev, którzy zgodnie uznają The Delta Sweete za płytę fenomenalną, zaaranżowali jej drugie wcielenie w sposób bardziej psychodeliczny, idylliczny, nieważki. Piosenki brzmią jak kolejne fazy snu, w którym narratorka podróżuje bez ruchu przez stacje swojego życia, zarówno te weselsze, jak i ponure. W każdym utworze słychać własne ja wykonującej go wokalistki; aczkolwiek, pod kątem muzycznym, mówimy tu o subtelnie zaaranżowanej, wielobarwnej, kalejdoskopowej, spójnej opowieści. Należy pamiętać, że cały czas mówimy o materiale z lat 60., czymś co miało miejsce pół wieku temu. Tamten okres kojarzy się przede wszystkim z ikonicznymi, legendarnymi płytami, takimi jak krążki The Velvet Underground, Beatlesów, Beach Boysów, Dylana, Coltrane’a czy Milesa Davisa. Poza nimi, ukazywała się wtedy cała masa płyt, które tego statusu nie mają, gdyż pamięć o nich przemija. Przykład Bobbie Gentry, a także wspomnianej Vashti Bunyan pokazuje, że stare krążki, często uznawane za słabe w swoim okresie, mogą w zupełnie innej rzeczywistości zabrzmieć jak nowe objawienia. Warto ich poszukać, tym bardziej, że moda na ekshumacje minionych dekad trwa w najlepsze i prędko nie ustanie. To już nie jest moda, tylko witalny element krwiobiegu muzyki jako żywego organizmu.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load