Recenzje

2019-03-18
Tim Bowness - "Flowers At The Scene"
"Flowers At The Scene" to płyta paradoksu: nie słychać na niej nic, czego słuchacz nie mógłby przewidzieć znając dotychczasowe nagrania Tima. Mimo to, krążek wciąga jak thriller psychologiczny, z doborową obsadą, sennym montażem i podwójnym twistem na koniec" - tak zapowiada nową płytę Tima Bownessa nasz recenzent Jakub Oślak.
Wykonawca: Tim Bowness
Wytwórnia: InsideOut Music
Rok wydania: 2019

Tim Bowness to artysta o dwóch wielkich darach. Pierwszy i najbardziej oczywisty to głos – melancholia w czystej postaci, krakowski spleen i samotny spacer nad Tamizą. To znak rozpoznawczy No-Man i solowych krążków Tima; to punkt wyjściowy i modus operandi całej jego twórczej drogi. Drugim darem jest umiejętność skupiania wokół siebie wybitnych muzyków, czasem z różnych dziedzin stylistycznych, aby kolektywnie dowieźć kolejną płytę. Obie te umiejętności są dla Tima darem, ale i klątwą: pokazują jego szczerość, powagę i muzyczną „rasowość”, ale z drugiej blokują go przed wyzwoleniem rozwoju twórczego. A to, że Tim pragnie się rozwijać słychać wyraźnie na nowym krążku Flowers At The Scene; korzystając z tych samych środków wyrazu Bowness czaruje słuchacza od pierwszego wejrzenia, tak jakby poprzednie jego płyty zniknęły po zażyciu niebieskiej pigułki. Jego siłą jest właśnie przewidywalność; oraz to, jak łatwo dajemy się zaskoczyć gdy oceniamy płytę z góry.

Flowers At The Scene to płyta paradoksu: nie słychać na niej nic, czego słuchacz nie mógłby przewidzieć znając dotychczasowe nagrania Tima. Mimo to, krążek wciąga jak thriller psychologiczny, z doborową obsadą, sennym montażem i podwójnym twistem na koniec. To chyba najbardziej żywotny i dynamniczny z albumów Tima, który pomimo tradycyjnej melancholii i nostalgiczności potrafi uderzyć, porwać, unieść i bezpiecznie wylądować. Naprawdę dużo się dzieje w jego trakcie; przypomina to nie tylko film, ale koncert, ze swoją dramaturgią i narracją. Kolejność utworów, ich dynamika i nastrojowość, introwertyczne nacechowanie i współdziałanie są wysoce nieprzypadkowe. To jakby gotowa, zamknięta historia, w której nieopisany bohater-narrator przeprowadza słuchacza przez cały cykl swojego istnienia – historii życia, miłosnych uniesień, społecznych rozczarowań, strachu przed końcem. To płyta ze wstępem, zawiązaniem akcji, misją, finałem, a nawet epilogiem.


Warto wspomnieć o personelu płyty, gdyż ma on wyraźny wpływ na jej brzmienie. Przede wszystkim, Timowi towarzyszą kompani z zespołu Plenty, co wzmaga art-rockowy, eklektyczny potencjał albumu. Dalej, Peter Hammill i jego zagniewana wrażliwość. W kodzie albumu, Andy Partridge z XTC. Za stołem mikserskim, oczywiście, Steven Wilson. Na basie Colin Edwin (Porcupine Tree). Na gitarze Jim Matheos (OSI, Gordian Knot). Te i reszta nazwisk dają poczucie powagi i dynamitu jakim jest ta muzyka; a jej płynność i logika podkreślają walory reżyserskie samego Bownessa, jako głównej – chociaż skromnej – postaci w epicentrum wydarzeń. Flowers At The Scene słucha się wyśmienicie, mimo iż brak tu elementu nieprzewidywalnego, spontanicznego. Jest płacz i bicie pięściami o drzwi. Jest wzrok urzeczony tęczą po kolejnym deszczu nad przedmieściami Londynu. Jest fotografia i wspomnienie osobistej muzy. Jest chłód i smutek przed ostatnim tego lata zachodem słońca.

Uciekając od sztampy skrycie jej pożądamy, zarówno jako artyści, jak i słuchacze. Tim Bowness pokazuje, że można jednocześnie gonić króliczka i mieć króliczka: nagrać płytę ciekawą, chociaż łudząco podobną do poprzednich. Gdy słucham Tima, nie mogę oprzeć się pewnym odniesieniom do Davida Sylviana. Były frontman zespołu Japan rozkręcił swoją solową karierę dzięki dekonstrukcji samego siebie. On również był głosem i ikoną stylu, który jednakże zdarł z siebie anturaż gwiazdora, a przywdział maskę artysty dyskretnego. Sylvian również gromadził wokół siebie wybitnych muzyków (Fripp, Czukay, Sakamoto, Fennesz, itd.), a jego styl ewoluował od art-rocka przez jazzowo-folkowe ballady, aż po ambient i eksperymenty instrumentalne. Bardzo bym chciał, aby Bowness jeszcze mocniej szedł w jego ślady i jeszcze odważniej przerywał swoje okowy. Tymczasem, Flowers At The Scene to krok naprzód – być może niespieszny, skromny, nieśmiały, ale nadal naprzód.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load