Recenzje

2019-03-22
Beth Gibbons & Orkiestra Symfoniczna PR - "Henryk Górecki: Symphony No. 3 "
29 marca ukaże się płyta z zapisaem wyjątkowego koncertu, podczas którego Beth Gibbons (Portishead) oraz Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w Katowicach dyrygowana przez Krzysztofa Pendereckiego wykonali „Symfonię Pieśni Żałosnych” Henryka Góreckiego. Koncert odbył się w listopadzie 2014 roku w Warszawie.
Wykonawca: Beth Gibbons & Orkiestra Symfoniczna PR
Wytwórnia: Sonic Records
Rok wydania: 2019

Muzyka uwielbia mezalianse. Szczególnie ekscytujące są te, które w twórczym tyglu mieszają nie tylko gatunki, lecz całe dziedziny muzyki. Tym najważniejszym jest romans między muzyką poważną a rozrywkową. Te określenia, kiedyś oddzielone od siebie linią Maginota, dziś należy ubrać w gruby cudzysłów; klasyka i pop zdążyły na przestrzeni lat zbudować wystarczająco dużo mostów, aby te klasowe różnice zatrzeć jako odległy archaizm. Klasycy potrafili nie tylko współdziałać z muzykami rockowymi (Deep Purple, The Doors, Pink Floyd, The Moody Blues, Lou Reed, itd.), ale też wyjść z filharmonii i grać na deskach klubowych (chociażby Nigel Kennedy czy Kronos Quartet). Niezliczonych aranżacji rockowego repertuaru z orkiestrami nawet nie zacznę wymieniać. Jeszcze ciekawiej robi się, gdy zaczniemy szukać przykładów muzyków rozrywkowych, którzy mierzyli się ze światem symfonii i opery. Oczywiście Queen i Freddie Mercury, ale także Emerson Lake & Palmer, The Who, Brian Wilson, Frank Zappa, Jaz Coleman, Jonny Greenwood, Lisa Gerrard, a nawet Goldie i Aphex Twin. Przykładów jest znacznie więcej i będzie ich tylko przybywać, jako że muzyka jest jedna; czasem tylko ludzkie uwielbienie szufladkowania i klasyfikacji jej w tym przeszkadza.

Do grona muzyków „rozrywkowych”, którzy mają w życiorysie przygodę z klasyką tym razem dołączyła Beth Gibbons. To bynajmniej nie pierwszy raz, gdy wokalistka ma do czynienia z orkiestrą (słynny koncert Portishead w Nowym Jorku, 1998); ale z pewnością pierwszy, gdy bierze udział w wykonaniu „poważnego” repertuaru. Sprawcą całego wydarzenia był Krzysztof Penderecki; maestro wyraźnie lubi współpracę z muzykami rozrywkowymi (Greenwood, Aphex Twin) i wykorzystuje ich odrębność jako impuls do budowania przenikających się muzycznych mostów. Na warsztat wzięta została III Symfonia Henryka Mikołaja Góreckiego, znana także jako „Symfonia pieśni żałosnych”. Instrumenty zostały powierzone śmietance – Narodowej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia pod batutą samego Pendereckiego; a partie sopranu powierzono, no właśnie, Beth Gibbons. Dlaczego no właśnie? Po pierwsze, to Angielka – nie zna polskiego (III symfonia została napisana po polsku), po drugie – nie jest sopranem, tylko kontraltem (na upartego, mezzosopranem), a po trzecie – no cóż, zajmuje się śpiewaniem neurotycznych tripów w Portishead, a nie partii sopranu na deskach Teatru Wielkiego Opery Narodowej w Warszawie. No właśnie; a dokładnie to miało miejsce, pięć lat temu.


"III symfonia" to jedno z najsłynniejszych dzieł muzyki współczesnej, które przebiło okowy „powagi” i wdarło się pod światowe strzechy, tuż obok „Święta wiosny” Strawińskiego, „Carmina Burana” Orffa, czy „Music for 18 Musicians” Reicha. Jest to kompozycja niezwykle nastrojowa i melancholijna, rozwijająca się powoli niczym kwiat; jedni mistrzowie batuty aranżowali ją bardziej wzruszająco i emocjonalnie, inni stawiali na mrok i żałobę. W centrum znajdują się trzy pieśni – historyczna, martyrologiczna i ludowa – napisane w języku polskim XV wieku, XX wieku, oraz dialekcie opolskim. Każda z nich to lament w obliczu śmierci, utraty kogoś bliskiego, braku nadzieji i chęci do dalszego istnienia. Sam Górecki dyrygował wykonaniem III symfonii tylko raz, z tą samą orkiestrą i sopranistką Zofią Kilmanowicz, której wykonanie podaje się często jako domyślne i wyjściowe dla tego dzieła. Gibbons musiała się zatem zmierzyć z nie lada bagażem intelektualnym; w intensywnych przygotowaniach do wyjścia na scenę pomagali jej nie tylko nauczyciele śpiewu, ale też języka. Sopran oczywiście nie jest poza jej zasięgiem („Half Day Closing”, „Wandering Star”, „All Mine”), ale nie na taką skalę; nie w pieśni, która trwa ok. 27 minut i jest dla niej zapisem dźwięków, nie słów.

Gdy rozpalona muzyka przycicha i robi miejsce dla śpiewu, gdy słyszymy pierwsze wersy kolejnych pieśni – Synku miły i wybrany, oraz Mamo, nie płacz, nie... – wszelka obawa o świętokradztwo czy trawestację pryska, a w jej miejsce przychodzi wzruszenie, zachwyt, melancholia i frasunek. Beth nie tylko staje na wysokości niebywałego zadania, ale czyni te pieśni swoimi; mimo iż znajdujemy się w Teatrze Wielkim, staje się on samotnym pokojem nocą, gdzie skupiony w ścianie wzrok szuka wzorów i wskazówek dla rozbieganych myśli, przeważnie złych. Orkiestra pod batutą Pendereckiego brzmi adekwatnie ponuro, żałobnie, apokaliptycznie; tu nie ma mowy o jakimkolwiek pocieszeniu czy ogrzaniu lamentujących serc – dziś celebrujemy mrok i chłód, gdyż właśnie to czuła autorka słów pieśni drugiej, gdy wydrapywała je w ścianie celi gestapo w czasie okupacji. Dobrze wiemy, że Penderecki nie stroni w muzyce od sugestywnego mroku i pochowanego w nim piękna – i lubi uderzyć w tony lęku, żalu, goryczy i strachu. Dzięki niemu i lodowatemu śpiewowi Gibbons dostajemy nie tylko brawurowe wykonanie pewnej „świętości”, ale i lekcję muzyki poważnej i siły jaką niesie. Grunt, aby się otworzyć, znaleźć chwilę spokoju, poczytać didaskalia – i przenieść w inne miejsce.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load