Recenzje

2019-04-01
Lion Shepherd - "III"
Po niecałych dwóch latach dostajemy nową porcję muzyki od formacji Lion Shepherd. Przed odsłuchami „III” przypominały mi się chwile spędzone z albumem „Heat”. Bardzo mi się podobał. Dalej uważam, że to co najmniej dobra płyta. Podchodziłem więc do nowego albumu z zaciekawieniem.
Wykonawca: Lion Shepherd
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2019

Trzeba zacząć od tego, że formacja Lion Shepherd nie jest już duetem. Powiększył się i teraz jest to trio. Do wokalisty Kamila Haidara i gitarzysty Mateusza Owczarka dołączył perkusista Maciej Gołyżniak. Krótkie spojrzenie do jego CV – m.in. współpracował z Moniką Brodką, grał w zespole Sorry Boys, jest członkiem tria Meller Gołyżniak Duda. Posługując się terminologią transferową, trzeba uznać to za duże wzmocnienie zespołu. I to słychać na albumie. Perkusja, instrumenty perkusyjne mają sporo do powiedzenia.

„III”, tak jak jej poprzednik - „Heat” liczy dziesięć utworów. Z tym, że tym razem można zauważyć skłonność do budowania dłuższych, rozbudowanych kompozycji. Przechodzenia z delikatności orientalnych dźwięków do mocnych brzmień. Płyta trwa blisko godzinę. Tylko dwa utwory trwają mniej niż pięć minut. Najdłuższy - „Vulnerable” liczy sobie osiem minut i sześć sekund. Dalej cechą charakterystyczną Lion Shepherd jest sięganie do orientalnych, bliskowschodnich klimatów i instrumentów. Słychać to w wielu utworach. Zacznijmy od pierwszego utworu na płycie i jednego z najlepszych - „Uninvited”. World music na początek, damski chórek ze słowiańskim zabarwieniem. Spokojna, balladowa atmosfera. Powoli przebija się ostrzejsza gitara. I wyłania się hardrockowa wręcz kanonada dźwięków – ostre gitary i perkusja. I po tym – delikatne zejście znów ze damskim chórkiem. Bardzo ładna ta rozbudowa i stopniowanie emocji.

Jest na tym albumie kilka tak właśnie rozbudowanych kompozycji. „Good Old Days” - w pierwszej połowie spokojne tempo, orientalizm, akustyczne dźwięki, zagrywka na początku utworu pojawiająca się na poprzednich płytach, w drugiej – rockowe wariacje o dużej mocy wokół przewodniego motywu. „Vulnerable” - też przechodzenie ze spokojnych dźwięków (nawet fortepian się pojawia) do ostrych motywów.

Trzy najlepsze utwory na płycie. Pierwszy - „Uninvited”. Drugi - „Toxic”. Utwór, w którym zespół eksperymentuje. Niepokojące brzmienie, mroczna atmosfera. Ostro brzmiące dźwięki, wplątane w to wszystko fortepian i smyczki. Utwór kończy się jednak dość spokojnie, ładną gitarową solówką. I trzecia kompozycja - „Nobody”. Najbardziej melodyjny i bardzo ładny utwór. Delikatny, orientalny początek. Dość spokojna kompozycja z mimo wszystko atmosferą łapiącej, smutnej balladowości. I solóweczka gitarowa tez jest. Bardzo ładne solówki gitarowe też są wartością dodaną albumu.


Wracając jeszcze do eksperymentowania, to mamy jeszcze inne kompozycje, gdzie możemy o nim mówić. „World on Fire” z elektronicznymi wtrętami wzbudzającymi niepokój także w tych fragmentach utworu, które są pozornie spokojne. Bardzo ładnie brzmi początek „The Kids Are Not All Right”. Połączenie perkusji i Atom String Quartet dają filmowe brzmienie. A po nim - wejście z całą rockową mocą, ale smyczki też się przebijają w dalszym ciągu utworu.

Najbardziej melodyjnym utworem na „III” obok „Nobody” jest pierwszy singiel z albumu - „What Went Wrong”. Bardzo przyjemny w średnim tempie. I z dzwoneczkami, które – nie wiem czemu – przywołują mi wypas owiec. Żeby obskoczyć jeszcze pozostałe utwory: „Fallen Tree” to spokojniejszy utwór z marszową perkusją, a „May You All Live In Fascinating Times” z oklaskami i chórkami na początku przywodzącymi dzieła Piotra Rubika przynosi nam odrobinę patosu na zamknięcie albumu. Też spokojniejsza kompozycja lecz z mocniejszymi refrenami.

Przy recenzji „Heat” wyraziłem nadzieję na to, że kiedyś zawitam na koncert Lion Shepherd. Do dziś się to nie udało. Nie będę więc nic obiecywać. Ale zakończę optymistycznie oceną albumu. Kolejna dobra płyta Lion Shepherd. Do tego równa i nienudząca. Jeszcze bardziej dojrzała od poprzedniczki. To wszystko na pewno cieszy.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load