Recenzje

2019-04-20
Ladytron - "Ladytron"
Brytyjska grupa electro-popowa Ladytron powróciła z nową płytą po 8 latach ciszy. Czy warto było czekać aż tyle lat na to wydawnictwo? Sprawdził dla nas Jakub Oślak.
Wykonawca: Ladytron
Wytwórnia: !K7 Music
Rok wydania: 2019

Ladytron należą do grona zespołów, których karierę śledzę z wielką sympatią od samego początku. Jeszcze w końcówce lat 90., na Viva-Zwei (bo tylko tam mógł się pojawić video-klip zespołu grającego na syntezatorach), usłyszałem „Playgirl”. To było coś nowego; to był początek retromanii, na razie w muzyce, której brzmienie w jasny sposób pielęgnuje nostalgię za latami 80. Okazało się, że więcej osób tęskni za synth-pop i new romantic, za electro i italo disco. Narodziły się takie formacje jak Zoot Woman, Les Rhythmes Digitales, Ms Kittin & The Hacker, czy DMX Krew. To był doskonały pomysł; dla bardzo wielu ta estetyka jest nadal cenna, a kierunki jakie wyznaczyli Giorgio Moroder czy Kraftwerk to wciąż żywy organizm. Od razu chwycono za stare winyle (ich renesans dopiero nadchodził) w poszukiwaniu brzmienia, które należało przetłumaczyć na język współczesności. Tak właśnie powstał Ladytron, troje Anglików i jedna Bułgarka, którzy niczym kosmici spadli ze spodka, jednolicie ubrani i wyglądający. Celebrowali tą samą radość i niepokój, co 20 lat wcześniej Ultravox i John Foxx, Japan i New Order, The Human League i OMD, Pet Shop Boys i Soft Cell. Pierwszy album Ladytron 604 był tąpnięciem – tak, wreszcie ktoś to powiedział: lata 80 to nie czas, tylko styl. Być może nie byli pierwsi, ale najdobitniej ze wszystkich pokazali, że tak można. I to się spodobało.

Przewijamy kasetę video 20 lat naprzód i okazuje się, że retromania owładnęła ludźmi nie tylko w zakresie muzyki i filmu, ale mody i designu, stylu bycia i ogólnej beztroski (nostalgia zawsze idzie w parze z idealizowaniem); co więcej, wykroczyła już poza lata 80, zarówno do coraz bardziej mitycznych, psychodelicznych sixtees, jak i bardziej namacalnych, tandetnych i magicznych ninetees. Żyjemy wszystkim, tylko nie współczesnością, bo i po co. Wszystko jest nagrane, wszystko można odtworzyć. W jednym z odcinków serialu „Czarne lustro” umysł zmarłej bohaterki jest utrzymywany technologicznie przy życiu, a ona sama śni, że trwają lata 80, oczywiście w stylistyce Miami Vice albo Pretty in Pink. Dla zespołu, który dołożył się znacząco do tego stanu rzeczy powinno to być rykowisko, ale nie jest. Ladytron już wcześniej dał sygnał, że ich pomysł zaczyna się wyczerpywać; poprzedni album Gravity The Seducer co prawda imitował poprzednie płyty, ale nie stanowił ciekawego ciągu dalszego.


Kłamstwem będzie stwierdzić, że Ladytron nie rozwinęli w międzyczasie swojego brzmienia, chociażby o obecność gitar; Witching Hour i Velocifero, pełne doskonałych przebojów, nadały Ladytron ich właściwą, dzisiejszą tożsamość. Nie był to już zespół jednego pomysłu, lecz postępujący naprzód, wzbogadzający piosenki i kompozycje, mający wizję, zapał i środki, aby ją zrealizować.

To jednak stan rzeczy sprzed 10 lat. Dziś, gdy słuchamy ich nowego Ladytron odnoszę wrażenie, że ta wizja gdzieś przepadła i zespół gra to samo, co wcześniej. Mało tego, tak teraz gra całe pokolenie nowych muzyków, w tłumie których nasi przybysze z Matplanety giną. Ich sound jest nadal ich – ale brakuje tu przeboju, impulsu dla nastawienia uszu, szerszego otwarcia oczu, przyspieszonego tętna i mimowolnego uśmiechu. Album jako forma nigdy nie był mocną stroną Ladytron; ale to w czym przodowali, to syntetyczny hit, taki jak „Destroy Everything You Touch”, „Seventeen”, czy mój faworyt „Tomorrow”. Na nowej płycie zwracają uwagę „The Animals” czy „You’ve Changed”, ale pozostają przykryte warstwami obojętności i powtarzalności. Być może tu nie o przeboje chodziło tylko o przekaz, złowrogi i ponury, tak jak „Czarne lustro” i ta okładka, za którą wielu w nie tak dawnych czasach mogłoby podnieść larum. Czasy dogoniły nowatorski kwartet z Liverpoolu, którego gwiazda, oparta na nostalgii, sama powoli odchodzi do piwnicy. Ladytron nie jest albumem złym i zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem. Problem leży nie w albumie, lecz zespole. Ich pomysł spowszedniał, a oni sami, nie mając jasnej wizji co dalej, stawiają na strategię powtarzania. Poza tym, mam dosyć retromanii i zajawki na wciąż te same sztuczki. Szkoda tylko głosu i urody Miry Aroyo.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load