Recenzje

2019-04-30
The Cranberries - "In The End"
Blisko półtora roku po śmierci Dolores O'Riordan ukazał się ostatni pożegnalny album grupy The Cranberries zatytułowany "In The End".
Wykonawca: The Cranberries
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2019

Nie jest łatwo pisać recenzję takiej płyty. Płyty, która jest końcem działalności zespołu. Płyty z ostatnimi tekstami, z ostatnimi nagranymi wokalami Dolores O’Riordan. Płyty, w której będzie się szukać przepowiedni, znaków w tekstach i tytułach utworów. Słowa o hotelu w Londynie w „All Over Now” brzmiące dziwnie inaczej w kontekście miejsca śmierci wokalistki. Tytuły utworów, choćby „Wake Me When It’s Over”. Całe kompozycje, czego przykładem będzie utwór „In The End” - czyżby był on przeczuciem? Spróbujmy zostawić to trochę z boku i zmierzyć się z zawartością płyty.

„In The End” - ostatni, siódmy studyjny album w dorobku The Cranberries (nie wliczając w przeważającej części autocoverowego, symfonicznego „Something Else” z 2017 roku). Pierwszy od 2012 roku, od płyty „Roses”. W grudniu 2017 roku Dolores O’Riordan nagrała wokale do wersji demo utworów, z którymi zespół miał wejść do studia na początku następnego roku. 15 stycznia 2018 r. wszystko się zmieniło. Noel Hogan, Mike Hogan i Fergal Lawler podjęli decyzję o dokończeniu albumu, co stało się w kwietniu i maju tego samego roku pod producenckim okiem Stephena Streeta.

To, co najlepsze na płycie znajdziemy na początku i końcu. „All Over Now” był pierwszym singlem zapowiadającym album. I dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że nie będzie tylko i wyłącznie smętnie. Energetyczny, chwytliwy i świetny początek albumu. Idziemy dalej. Pod numerem dwa kryje się utwór „Lost”. I to on w moich uszach wyrasta na najlepszy moment płyty. Piękna, wzruszająca ballada. Ten majestat podbity jest jeszcze dodatkowo przez instrumenty smyczkowe. Do tego boleśnie ten utwór uświadamia i przypomina, że wraz ze śmiercią Dolores zamilkł niesamowity głos. Zadziało się w tej kompozycji coś cudownego. Następny w kolejce jest „Wake Me When It’s Over” - kolejny bardzo jasny punkt płyty. Z pobrzmiewającymi echami utworu „Zombie”, budowaniem napięcia do mocnych refrenów.


A dalej jest tak, jak mogliśmy się spodziewać po albumie The Cranberries. Czyli szlachetnie brzmiące utwory. Akustyczne ballady w postaci „A Place I Know” i „Illusion”, ale też bardzo przyjemne, niosące ze sobą energię kompozycje. „Got It” - gładki w brzmieniu, ale z pojawiającym się co jakiś czas nerwowym, krótkim, zaczepnym riffem dodającym atrakcyjności. „Summer Song”, w którym pierwsze dźwięki sugerują, dlaczego tak się nazywa. Przypominał mi się w myślach podczas słuchania tej kompozycji „Animal Instinct”. Podoba mi się „Catch Me If You Can”. Na początku dźwięki pianina łączące się ze smyczkami. W dalszej części orkiestrowo brzmiące, nerwowe pociągnięcia, a nad tym wszystkim nuta podniosłości w ładnie i żywo brzmiącym utworze. Słowem „ładne” można też określić dwie kompozycje w średnim tempie: „Crazy Heart” (bardziej popowy) i „The Pressure” (robiący najmniejsze wrażenie z czwórki utworów ujawnionych przed premierą płyty). A na sam koniec pozostał utwór tytułowy. „In The End”. Czwarty z najjaśniejszych punktów albumu. Akustyczny, oszczędny, piękny. Łatwo się przy nim wzruszyć, mając świadomość, że to ostatni utwór The Cranberries.

„In The End” to bardzo dobry album. I nie piszę tego tylko dlatego, że okoliczności jego wydania są takie a nie inne. To po prostu dawka kompozycji na wysokim poziomie. Pożegnanie z klasą. Jak na klasowy zespół przystało. Noel Hogan, Mike Hogan i Fergal Lawler zdecydowali, że album „In The End” będzie zakończeniem działalności The Cranberries. Decyzja jak najbardziej zrozumiała, bo jej kontynuowanie bez Dolores będącej głównym motorem napędowym zespołu byłoby trudne do wyobrażenia. Pewnie będą się pojawiać reedycje starych albumów. Być może kiedyś tam zostaną odgrzebane jeszcze jakieś rzeczy. Ale nowych albumów już nie będzie.

A skoro to pożegnanie, to mimowolnie pojawiają się w myślach wspomnienia, podsumowania, powroty do twórczości zespołu. Trochę się tego zebrało przez ponad ćwierć wieku działalności kapeli. Ważne albumy – choćby „No Need To Argue” czy „To The Faithful Departed”. Kopalnia świetnych utworów i tu długa lista zaczynająca się od takich oczywistości jak „Zombie”, „Linger”, „Ode To My Family”, „When You’re Gone”. U moich myślach pojawia się jeszcze jedno wspomnienie, które będzie zadrą. 1 maja 2017 roku. Wrocławska Pergola. Jeden z najgorszych koncertów, jakie widziałem póki co w życiu. Niby wszystko ok, nie było fałszów, ale miałem tamtego wieczora wrażenie, jakby to był występ „na odwal się”. Bez życia, bez ikry. Mówiłem sobie potem, że wybiorę się na koncert The Cranberries jeszcze raz. Że może akurat tego dnia byli po prostu w słabszej formie. Od poniedziałkowego wieczoru 15 stycznia 2018 roku wiem już, że tego drugiego razu nie będzie. Pozostaje być złym na los, że historia The Cranberries skończyła się w tak nagły i bolesny sposób. A jednocześnie podziękować Dolores O’Riordan i zespołowi za sporą dawkę pięknej muzyki, jaką dostarczyli. Thank you and goodbye.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load