Recenzje

2019-07-01
The Hollywood Vampires - "Rise"
Johnny Depp, Alice Cooper i Joe Perry ponownie postanowili połączyć siły, a efektem tego jest drugi album formacji The Hollywood Vampires zatytułowany „Rise”.
Wykonawca: The Hollywood Vampires
Wytwórnia: Mystic Production
Rok wydania: 2019

Alice Cooper, Johnny Depp, Joe Perry. Tercet nie taki znowu egzotyczny. Wokalista, aktor i gitarzysta Aerosmith. Ale przeglądając biografię aktora znajdziemy tam wątki muzyczne. By zarysować rys biograficzny zespołu trzeba jeszcze dodać genezę nazwy. Nawiązuje ona do imprezowego, gwiazdorskiego stowarzyszenia z lat 70., które nosiło nazwę Hollywood Vampires (taka niespodzianka).

„Rise” to drugi album tria powstałego w 2015 roku. Dotąd wydali jedną płytę (jej tytuł: „Hollywood Vampires” – nikt się nie tego nie spodziewał). Dominowały tam covery utworów z lat 60. i 70. Tym razem znajdziemy głównie autorskie kompozycje, choć znalazło się i miejsce dla trzech coverów.

Alice Cooper powiedział: „Wszyscy pisaliśmy utwory na tę płytę, różnica polega na tym, że nie próbowałem ich modyfikować tak, żeby były w stylu Alice”. Może tak mówić, ale i tak duch Coopera przeniknął do płyty. Wampiryczne, mroczne klimaty możemy znaleźć w „Who’s Laughing Now”, „Git From Round Me” czy „Mr. Spider”. Ostatnia z tych kompozycji to jeden z mocniejszych punktów albumu. Trochę upiorna ballada, gdzieniegdzie ze smyczkami. Kolejnym składnikiem mikstury są rockowe brzmienia – takie z retroposmakiem. Udanym hardrockowym kawałkiem (choć siedem minut to całkiem spory kawałek albumu) jest otwierający płytę „I Want My Now”. Są długie fragmenty instrumentalne, na co pozwala klimat jamu. Początek utworu brzmi zresztą tak jakby kompozycja miała się kończyć, a nie zaczynać. „The Boogieman Surprise” to fajny, ciężkawy rocker, a w żywym „New Threat” czuć, że w skład zespołu wchodzą Cooper i Perry. Płyta kończy się intrygującym „Congratulations” – melodeklamacją na tle smyczków i gitary akustycznej.


Znaleźliśmy się w końcówce albumu, więc przejdźmy do znajdującego się tam kącika luzackiego. Tworzą go dwa utwory. Pierwszy – „We Gotta Rise” przywołujący na myśl „Carnaval de Paris” Dario G , czyli utwór grany na niektórych stadionach po tym, jak pada gol. Jajcarski kawałek, gdzie na początku Alice Cooper przedstawiany jest jako prezydent USA. To by były jaja, gdyby tak się stało. W obecnych czasach wszystko jest możliwe, więc może nie należy się aż tak podśmiechiwać. Drugą składową luzackiego kącika jest taneczno-rockowy „ People Who Died” – cover Jim Caroll Band. Mamy też kącik iście amerykański. „Welcome To Bushwackers” zapisujemy do kategorii utworów pt. „jazda amerykańskimi bezdrożami”. Zapisujemy też tę piosenkę do dorobku Jeffa Becka i Johna Watersa pojawiających się tu gościnnie. Amerykański klimat przedostał się tez do „You Can’t Put Your Arms Around A Memory” – coveru Johnny’ego Thundersa śpiewanego przez Perrego i w którym ważną rolę odgrywa gitara akustyczna. Wyszła zgrabna przeróbka.

Trzy covery – tyle zawiera „Rise”. Trzecim jest „Heroes” Davida Bowiego, czyli utwór, którego przeróbek jest w ostatnich latach od groma. Przy takim zestawie muzyków zepsucie instrumentalnej części było trudne do wyobrażenia i do niego nie doszło. Dodano jeszcze trochę rockowego ducha. Wokalnie mogłoby być lepiej. Zwłaszcza myślę tu o drugiej części utworu. A za śpiew tutaj wziął się Johnny Depp. Są też cztery króciutkie utwory instrumentalne, które znalazły się na albumie nie wiadomo po co. Niewiele wnoszące, można napisać, że pełnią niejako rolę wstępów do następnych utworów.

Rezultat tego wszystkiego jest taki, że dostajemy porcję oldschoolowego rocka, w której pobrzmiewają i cooperowskie i aerosmithowskie nuty. Gdzieniegdzie też z klimatem kumpelskiego spotkania. Z tego wszystkiego wyszedł solidny album.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load