Recenzje

2019-07-30
The Raconteurs - "Help Us Stranger"
Po ośmioletniej przerwie doczekaliśmy się nowej płyty grupy The Raconteurs na czele której stoi Jack White.
Wykonawca: The Raconteurs
Wytwórnia: PIAS Poland
Rok wydania: 2019

Jack White ponownie zaserwował nam materiał na płytę roku. Tym razem, po 11 latach niebytu, została przywołana do życia super-grupa The Raconteurs. White, jak wielu tytanów muzycznej pracy, potrafi skutecznie rozmnożyć czas do tego stopnia, że po ubiegłorocznej, długiej trasie promującej jego ostatni solowy krążek, praktycznie z marszu wszedł do studia, aby nagrać Help Us Stranger. Co więcej, mimo iż obecność White’a jest w sposób oczywisty dominantą nowej płyty, to jednak zachowuje ona nie tylko dyskretną odrębność wobec pozostałych jego projektów, ale jest także udaną kontynuacją „kariery” The Raconteurs. Warto przypomnieć, że ta ekipa jest rodzajem roboty na boku każdego z jej członków, zebraną razem dlatego, że White i Brendan Benson napisali na strychu materiał na wiadomy hit. Ów hit pozostaje drugą najbardziej rozpoznawaną piosenką White’a; zaś w międzyczasie, trochę od niechcenia, trochę z przypadku, zespół nagrał już trzeci krążek, który co prawda hitów nie zawiera, ale jest bezdyskusyjnie ciekawym materiałem, który pod płaszczykiem barwnego garażowego rocka serwuje nam kolejną lekcję historii muzyki.

Temat owej lekcji brzmi, ile jeszcze motywów, inspiracji, stylów i dziwactw można upakować na jednym, standardowym albumie. Tyle pomysłów ile głów zaangażowanych w jego produkcję, chociaż fundament pisarski i kompozytorski pozostaje w rękach tandemu White/Benson. Ich piosenki wyraźnie idą przed siebie, chociaż nie zawsze naprzód. Nawet jeśli muzycy nie powielają swoich pomysłów, to z pewnością sięgają po cudze; lub raczej, przywołują dawne duchy, pod wpływem grzybicznego zapachu starych płyt i dyskretnego uroku podrapanego Telecastera. Taki mamy czas i klimat, że większość rzeczy która nas otacza ma swoje korzenie często przed narodzinami swoich autorów. Help Us Stranger nie pomaga nam uwolnić się od klimatu, koktajlu rytmów, riffów i przesterów z lat 60/70; ba, jeszcze je pogłębia, sięgając zarówno do zakwaszonej psychodelii, skifflująco-bluesowych numerów w stylu młodych Beatlesów i Stonesów, jak i art-rocka a’la Talking Heads/Bowie. Jest alternatywnie, jest garażowo, jest bluesowo; jest ciekawie, chociaż trzeba tradycyjnie odeprzeć uderzenie fali zwanej „O nie, to znowu Jack White.”


Przyznaję, jestem sceptykiem Jacka, samodzielnie wykluczonym z kręgu jego powszechnego uwielbienia. Jego muzyka jest doskonale opakowana i przemawia zarówno do wyobraźni kolorami, jak i do ciała rytmem. Jack jest królem vintage rocka i gdyby nie trop na który wpadł jeszcze w latach 90., kto wie czy mielibyśmy dziś Arctic Monkeys, The Black Keys czy Kings of Leon. Pomimo sukcesu kasowego i artystycznego, pozostaje dosyć skromnym gościem, który woli być dynamitem na scenie i w studiu, a nie wyrzucać cadillaci z okiem hotelowych do basenu rzygowin. Wskrzesza dawne style, przywraca do życia zapomniane gwiazdy, krzewi ducha „zrób-to-sam” w muzyce i ma stale włączony ten niesamowity szwędacz kreatywności. Zasługi jego są wielkie; aczkolwiek, nie one wypełniają czas trwania nowej płyty. Sama muzyka Jacka zawsze wydawała mi się niezwykle krótkotrwała; mało zostaje z niej w głowie na dłużej, łącznie z przebojami, które po latach już trochę zwiędły, zajechane przez stacje radiowe i rankingi popularności płyt. Płyty Jacka są jak filiżanki herbaty – są świetne gdy trwają, gdy są gorące; gdy się kończą, od razu przechodzą do historii.

Help Us Stranger nie jest wyjątkiem. Po pierwszym słuchaniu uznałem, że to kompletna porażka; nic tu nowego, nawet w obrębie samego dorobku Jacka. Za kolejnymi podejściami było już lepiej, gdy już poczułem z czym mam do czynienia i jakimi kategoriami należy ten album oceniać. To krążek którego nie wypada nie wyróżnić; znowu rolę grają zasługi Jacka i nasze zbiorowe wyobrażenie jego wielkości. Aczkolwiek, przyglądając się detalom lub nawet dotykając ruchomych elementów da się zauważyć, że znowu nie jest to rzecz na lata. Na pewno zapamiętam jeden utwór - "Somedays (I Don't Feel Like Trying)", w którym drzemie kicz dogasającego ogniska i zebranego wokół niego hippisów, którzy czują, że lato miłości dobiega końca. Reszta płyty – z jednej strony bawi różnorodnością, a z drugiej nudzi brakiem czegoś nowego. Fani na pewno będą zadowoleni; ale ja, jako ten kto przygląda się temu z boku, nie widzę tu niczego dla siebie na dłużej. Możemy za to winić rzeczywistość i klęskę urodzaju i natychmiastowego dostępu. Albo nie winić nic i nikogo, tylko wybadać samemu; na pewno trzeba poznać, bo to spore wydarzenie. Ale oceniać już samodzielnie.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load