Recenzje

2019-08-13
Ride - "This Is Not A Safe Place"
Brytyjscy klasycy nurtu shoegaze powrócili po dwóch latach przerwy z nowym albumem studyjnym, na którym według naszego recenzenta Jakuba Oślaka utrzymali bardzo wysoką formę z poprzedniego wydawnictwa "Weather Diaries".
Wykonawca: Ride
Wytwórnia: PIAS Poland
Rok wydania: 2019

Są takie płyty o których się wie, jeszcze przed odsłuchem, że będą dobre. Dwa lata temu Ride wrócili do czynnego grania niesieni siłą płyty Weather Diaries. Mieli wtedy taryfę ulgową – powrót po 20 latach, sprzyjający czas w muzyce, natchnienie i radość, którą dało się kroić nożem. To nie był zwykły powrót czy podróż sentymentalna, tylko nowe rozdanie, nowa jakość. Ale po okresie ochronnym przychodzi moment największej próby: obrona zdobytego trofeum. Zastanawiało mnie, co po niej zrobi Ride – pójdą za ciosem, a jeśli tak to w jakim kierunku, czy ponownie znikną? Ich znajomi ze Slowdive wydali wraz ze swoim powrotem płytę epokową, ale potem szybciutko zniknęli; miejmy nadzieję, że w celu nabrania sił do kolejnego uderzenia. A Ride? Gdy oglądałem ich na żywo w Londynie przed rokiem ich energia była zaraźliwa. Widać było, że nie wrócili na chwilę, żeby kasa się zgadzała, bo sentyment do lat 90, itd. Oni wrócili dlatego, że mają nowy pomysł na siebie, nową motywację i swobodę nowego czasu, a ich brzmienie pada na wciąż żyzne, wygłodniałe dusze. Nie powtarzają się, nie imitują ślepo stylu z jakiego słyną, lecz gotują na jego bazie zupełnie nowy wywar.

To, co zawsze uwielbiałem w ich brzmieniu, jak i w całym shoegaze, to brak ego. To ostry kontrast do ich ziomków z Manchesteru i Londynu, którzy w tym samym czasie wybuchli brzmieniem brit-pop. Po lewej skromni marzyciele w za dużych swetrach słuchający Cocteau Twins, a po prawej zaczepne cwaniaczki w parkach udający modsów, inspirowani Beatlesami i tabletkami ekstazy. Jedni i drudzy dali Anglii nowe głosy – zawstydzony, wrażliwy, schowany za lawiną gitarową; ale i bezczelny, piłkarski, z akcentem z północy. Jedni i drudzy szybko wpadli w pułapkę kliszy, z której wydostanie się jest wielką sztuką. Weather Diaries to się udało, a This Is Not a Safe Place udowadnia, że nie był to przypadek. To jedna z tych płyt, które brzmią jakby nie było jutra, jakby Ride miało tym razem już na zawsze zakończyć swój czas. Dużo można o tym krążku powiedzieć i większość z tego będzie prawdą. To album o wyraźnej akcji, dynamice i obliczu; jest przebojowy i zaskakujący, brzmi nowatorsko, ale wykorzystuje wypróbowane patenty; idzie naprzód, lecz nie odcina się od przeszłości. Ma szanse zadowolić wszystkich – zarówno przypadkowych przechodniów, jak i największych fanów.


Nie da się stwierdzić, czy This Is Not a Safe Place bardziej nawiązuje do brzmienia Ride jakie znamy z Nowhere, czy też ciągnie wątek ich „nowego” stylu, zamanifestowanego na Weather Diaries. Być są to oba kierunki na raz – plus coś innego, nowszego i ekscytującego. Ride szydzą z powtarzalności – patrz piosenka „Repetition”, w jakże synth-popowym, liverpoolskim stylu – która ich zdaniem jest formą zmiany. Dużo słuchaczy lubi powtarzalność muzyki, kiedy sięgając po nowy krążek artysty o wypracowanym stylu są w stanie przewidzieć jego elementy. I o ironio, dużo z nowego Ride da się przewidzieć: ten płynny rytm, te kołyszące melodie, te senne wokale i spojrzenia skryte w podłodze. Jest jasne, że nie są to objawienia fatimskie; ale wrzucenie tego krążka do szuflady będzie stratą dla samego słuchacza, którego zaskoczy reszta tego koktajlu, jakim są elementy synth-, dream-, i indie-. Nie dodaję już nawet rock/pop, albowiem dziś jest to już tak płynne, że wręcz niepotrzebne. Artyści nigdy nie przepadali za łatkami, jakimi obarczała ich prasa, bo jest to atak na wolność twórczą i umysły słuchaczy. Z czasem, łatki stają się zbędne lub wręcz mylące, co też może być częścią tej gry.

This Is Not a Safe Place to płyta wartka i wciągająca. Jej kolejne piosenki jako ciąg zdarzeń stanowią wyborną kombinację tempa, nastroju i stylu. Jest zaplanowana w podobny sposób, w jaki zespoły układają setlisty koncertowe: najpierw intro i hit na dzień dobry, a potem tylko podkręcamy tempo. Singlowe „Future Love” to właśnie ten hit – to gotowy hymn dla fanów, który będzie z dumą prezentowany na żywo przez jego autorów. To Ride w pigułce, to cały shoegaze w pigułce, tak jakby pod pistoletem kazano im dać z siebie wszystko. A dalej dzieją się cuda, albowiem nasi bohaterowie zaczynają brzmieć jak New Order – ten rytm, te riffy, ta elektronika, ta radość melodyczna i przekaz liryczny. Słychać jest, że muzycy występują w trampkach, na pełnym gazie, a jednocześnie luzie. Prezentują cały wachlarz swoich pomysłów i inspiracji: od Cocteau Twins i Felt, przez The Cure i The Jesus and Mary Chain, po Sonic Youth i Pixies. A gdy przychodzi koniec płyty, wraz z takimi numerami jak „Shadows Behind the Sun” - stopniowo nastaje spokój, powracają marzenia, trwa opustoszała droga z Burnley do Carlisle, owce się pasą, szumi farma wiatrowa. Cisza i zapomnienie.

This Is Not A Safe Place ma zmienną dynamikę dnia – poranek, południe, popołudnie, wieczór, noc. Być może dlatego słucha się go tak lekko i chętnie, gdyż jego przebieg jest naturalny dla człowieka w taki sam sposób, jak rytm serca (75 uderzeń na minutę). To shoegaze, ale z podniesionym czołem i odsuniętą grzywką; Ride przybyli, aby iść za ciosem, ale swoim tempem i zgodnie z duszą artysty, dając nam kawał porządnej muzyki. To brzmenie nie jest ani wymęczone ani przeprodukowane, lecz schwytane natchnieniem i wypracowane inspiracją, która towarzyszy im od chwili powrotu. Grają z uśmiechem na ustach, jest im dobrze w miejscu które znaleźli, uczą się nawzajem, jakby nadrabiając nieobecność. Mają swój intrygujący styl i korzystają ze swobody, jaką daje im czysta karta. Zawsze powtarzam, że kluczem do sukcesu w muzyce jest cyrkulacja energii pomiędzy artystą a słuchaczem. Ta płyta wygrywa dlatego, że Ride wysyła nią bardzo pozytywny przekaz, niekoniecznie w sposób dosłowny. To dobry kontekst krążka sprawia, że słucha się go w radości i z przejęciem, mimo iż jego treść nie należy do przesadnie optymistycznych. Chyba na tym polega czar muzyki, między innymi.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load