Recenzje

2019-08-19
Bon Iver - "I,I"
Bon Iver idą za ciosem i po trzech latach od ich przełomowej, indie-popowej płyty "22, A Million", wydają jej jeszcze bardziej zagadkową kontynuację.
Wykonawca: Bon Iver
Wytwórnia: PIAS Poland
Rok wydania: 2019

W zasadzie to każdy z boniverowych krążków był przełomowy, śmiało wykraczając poza bariery gatunkowe, stereotypy i okowy sztampowości. Zaczynaliśmy od zamkniętych w górskiej chatce folków, samotnej gitary, pianina i komputerów, aby krok po kroku stać się headlinerem festiwali, rozpaść się, powrócić i znaleźć w punkcie wyjścia. Powrót przyniósł ponowną definicję tego, czym Bon Iver jest, jakim wartościom hołduje i jakie brzmienia ich interesują. Tym właśnie była 22, A Million, często porównywana do tego, czym był Kid A Radiohead: aksamitną rewolucją, która otworzyła w głowach sympatyków zespołu nowe komnaty. Po takim krążku nie ma już odwrotu – dalej można iść wyłącznie w wyznaczonym przez niego kierunku. Zerwanie z jedną pułapką sztampy grozi wpadnięciem w kolejną: musimy być przełomowi, kombinujący i dziwaczni za wszelką cenę. Jak z takim wyzwaniem poradzili sobie Bon Iver na I,I?

Można powiedzieć, że celująco. Nowa płyta jest dziwaczna od samego początku. Oficjalnie pojawiła się w sieci na kilka tygodni przed planowaną premierą. Dalej, okładka – sugerująca, że kryje się za nią muzyka kogoś w stylu David Byrne czy Brian Eno, a nie brodaczy w kraciastych koszulach. Idziemy dalej – tytuł płyty oraz tytuły piosenek, równie zagadkowe co poprzednio, wręcz dadaistyczne. Tak jakby ich twórcom nie zależało na wyróżnieniu którejkolwiek z nich, co od razu sugeruje artyzm, awangardę, post-modernizm. To zabieg typowy dla muzyków elektronicznych, operujących hałasem i minimalizmem. Ale I,I taka nie jest. To płyta wyraźna, bogata i stylowa, wykorzystująca wszystkie oblicza Bon Iver, jakie do tej pory poznaliśmy. Zatem, z jednej strony wyraźny powrót do folku – brzdąkania w krainie łagodności i zabawy słowami, a z drugej kompletny kalejdoskop wizji, formy i czasu. I,I jest zagadką, która bawi. Nie musimy jej wyjaśniać, aby czerpać z niej radość. Wystarczy, że jej słuchamy i kombinujemy razem z Justinem Vernonem, w którego głosie słychać wyraźny uśmiech.


I,I to labirynt, który zmienia kształt w trakcie gry. Słucham jej od tygodnia i odnoszę wrażenie, że nie potrafię zapamiętać żadnej kompozycji – dlatego, że za każdym razem brzmią one inaczej. Może poza „Hey, Ma”, najlepszej piosenki na płycie, która nie bez powodu pilotuje album jako singiel. Jest jego kwintesencją – jeśli chcesz na szybko załapać o co chodzi w Bon Iver, posłuchaj „Hey, Ma”; z jednej strony śpiew i folk, a z drugiej elektroniczna kostka Rubika, która non-stop przestawia jej ściany. I,I to folkotronika w pełnym świetle. To artystyczny kolaż, łączący nowoczesność z tradycją. Sporo tu techniki cut&paste, która powoduje, że momentami płyta brzmi jak DJ Shadow z najlepszych lat. Chóry, sekcje dęte, instrumenty i klimat zimy w Kanadzie; ale także piwnica i manipulujący pokrętłami z jej wnętrza Wielki Elektronik, reżyser wszystkiego, co słychać. W repertuarze Bon Iver to płyta kompletna, ukazująca moc wszelkich dostępnych im do tej pory czarów. To krążek najbardziej przekonywujący do tego, że rzeczywiście zasłużyli na status gwiazd muzyki, jakimi niewątpliwie są.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load