Recenzje

2019-08-21
The Legendary Pink Dots - "Angel In The Detail"
Grupa kierowana przez Edwarda Ka-Spela przygotowała 43 (!!) płytę studyjną, która będzie jednym z elementów obchodów 40 urodzin zespołu, które odbędą się w przyszłym roku.
Wykonawca: The Legendary Pink Dots
Wytwórnia: Metropolis Records
Rok wydania: 2019

The Legendary Pink Dots za rok będą świętować 40-lecie. To szmat czasu, wręcz całe życie; aczkolwiek, wobec takiego zespołu jak oni, wydaje się to nieszczególnie dużo. Kropki to legendy muzyki niezależnej, którzy przez cały czas funkcjonują na zasadzie zrób-to-sam. Ich pokręcona, psychodeliczna muzyka kwitnie w sercach fanów, którzy poukrywani w różnych zakątkach świata widzą w niej odbicie swojej własnej, pokręconej wyobraźni. Kropki to rzecz dla odludków, dziwaków, poetów, marzycieli, szaleńców, wyrzutków – jednostek nadwrażliwych, którzy tak jak LPD działają z boku, z dala od tłumu ze światełkami i rzeki owiec. Jeśli lubisz muzykę Kropek, znaczy to, że coś jest z tobą nie tak; jesteś elementem puzzli z innego zestawu, który dobrze czuje się w swojej roli czarnego kota w białym miocie. Ich muzyka to rzecz sekretna, intymna, tylko dla ciebie i tylko dla twoich oczu i uszu – zupełnie jak sny, poezja i tajemnice duszy. To największy sukces tego dziwnego zespołu.

Kropkom z okazji urodzin należy pogratulować nie tylko trafiania do dusz wybrańców, ale i wypracowania oryginalnego stylu muzycznego. Mówimy tu o ziemi niczyjej, która widziała wschód industrialu, ale lubi też odloty rocka psychodelicznego oraz ciepło synth-popu. Ich muzyka to scenografie, często mroczne, a czasem zabawne –dźwiękowe tło w przedstawieniu teatralnym, którego chmura otumania i przesłania aktorów. Ów aktor pozostaje jeden – to Edward Ka-Spel, samozwańczy prorok, deklamujący swoim rerającym głosem poezje nie z tego świata, pełne widzeń, szarad, żartów. Śpiew i słowa Ka-Spela to fragmenty niekończącej się sagi i wymyślonej przez siebie mitologii; wszystkie kompozycje Kropek wydają się być połączone, osadzone w nierzeczywistym uniwersum pełnym niespodzianek. Z ich niezbadanej dyskografii ciężko wyróżnić hity i wtopy. Oczywiście, Any Day Now czy The Maria Dimension to rzeczy fundamentalne, ale ich różowy blask nie przesłania pozostałej setki płyt.

Angel in the Detail przychodzi w specyficznym momencie. Rocznicowa okazja nastraja do uderzenia z grubej rury; z drugiej, mówimy o Kropkach, którzy zawsze szli nie pod prąd, tylko zupełnie osobno, sobie a muzom, trzymając się planu bez planu. Muszę przyznać, że ich ostatnie krążki Pages of Aquarius jak i The Gethsemane Option nie są i nigdy nie będą uznane za kanon. Czegoś im brakowało; brzmiały tak, jakby nawet tak niestandardowy zespół jak Kropki dopadła całkiem trywialna rutyna i zmęczenie materiału. Miałem obawy, że nowa płyta będzie taka sama – ciężka, przytłaczająca, krótko mówiąc nudna. Ale nic z tych rzeczy! Angel jest płytą godną nie tylko okazji, lecz całego dorobku Kropek. Można powiedzieć, że brzmią na niej pełną gębą i nie przesadzają z dewiacjami od swojego typowego oblicza, które z eksperymentu stało się stylem. Nowa płyta ma w sobie wszystko to, czego byśmy sobie od niej życzyli; i jest dzięki temu triumfem, chociaż wcale nie posiada jego wyraźnych cech.

Angel jest krążkiem intymnym. Jego brzmienie nie przytłacza ilością dźwięków, ani nie przytępia zmysłów. Słychać wyraźnie, że muzycy zamiast rutyny wlali w niego miłość, krew, pot i łzy. Nigdy nie uciekając przed kolejnym eksperymentem, Angel pozwala się słuchać jak najpiękniejsza muzyka, która zabiera słuchacza w pewną podróż. Znów otwieramy tą kieszonkową apokalipsę, z której wychylają się porcelanowe lalki, uwięziona w plastikowej pajęczynie przyjaciółka Lisa i neonowi marynarze, tym razem pod postacią kalkulatorów. Angel porusza się po znajomych terytoriach i nie atakuje bezmyślnym artyzmem, lecz wciąga w pułapkę odurzenia i uzależnienia. To pretekst do ponownego zanurzenia się w przepaść muzyki Kropek. Mamy mrok i ciszę, mamy hałas i szaleństwo, jest obowiązkowa kryjówka szaleńca, jak i wymalowane przez niego na ścianach widziadła. Jest poezja i scenografia, są koszmary i cudowne marzenia, są senne zwroty akcji i cała ich pokręcona symbolika.

Angel nie jest albumem „eksperckim” dla fanów LPD, takim jak np. cudownie szalony i koszmarny Malachai. To krążek bardzo świeży, który powinien zadowolić fanów-weteranów, jak i zupełnych nowincjuszy. Według słów samego proroka Ka-Spela, ma on pozytywne przesłanie, na pochybel całemu złu jakie nas otacza. Jego brzmienie jest mroczne i frapujące, ale to niewątpliwie piękna płyta, w trakcie której aż chce się westchnąć z zachwytu; chociażby gdy „Itchycoo Shark” zamienia się kalejdoskopowo w „Isle Of Sighs”. Ten krążek nie wymaga wielu odsłuchów, tylko od razu chwyta w sidła uroku, zadumy, sztuki, snu; nie jest „trudny” w odbiorze, jak już pisałem, nie jest przesadzony ani przeładowany środkami. Czasem mniej znaczy więcej; być może dlatego LPD wybrali taką płytę na swoje urodziny – nie kompromisową, lecz elegancką i przyjazną słuchaczowi. A być może niczego nie wybierali, tylko po prostu tak wyszło. Tak czy owak, sto lat w zdrowiu i kolejnych stu płyt!

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load