Recenzje

2019-08-26
Volbeat - "Rewind, Replay, Rebound"
"Rewind, Replay, Rebound" to siódma płyta w dorobku duńskiej gwiazdy rocka grupy Volbeat. W ramach promocji tego wydawnictwa zespół wystąpi 29 października w warszawskiej hali Torwar. Ale zanim to nastąpi zapraszamy do lektury naszej recenzji tej płyty.
Wykonawca: Volbeat
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2019

Nowy album zespołu Volbeat jest z kategorii tych, które można by było opisać w dwóch, trzech zdaniach i to by wystarczyło. Tak myślałem, gdy siadłem do spisania myśli na temat tego albumu. Od razu zaznaczam, że nie musi to od razu oznaczać, że jest to fatalna płyta. Okazało się, że zdań będzie więcej. Przejdźmy więc do rzeczy, a dokładniej do siódmego albumu studyjnego zespołu z Danii.

Grupę przedstawia się jako grającą muzykę z pogranicza rocku i heavy metalu. „Rewind, Replay, Rebound” to album bardziej rockowy niż heavymetalowy. Ale czasem zespół podostrza brzmienie, co dzieje się np. w bardziej metalowym „The Everlasting”. Klimat, który przywołuje ten album można by określić następująco: wakacyjny, rockowy koncert na otwartej przestrzeni (byleby nie było pochmurno, deszczowo i zbyt chłodno) z nutą rockabilly. Taka kompozycja sprawia, że słuchanie tej prawie godzinnej płyty mija gładko. Letni, radosny rock. Chwytliwie, przystępnie, nośnie i jeszcze czasem do tego skocznie. Tak można opisać czternaście utworów składających się na album.


Niektóre utwory są wręcz poprockowe: „Rewind The Exit” i „The Awakening of Bonnie Parker”. Ten drugi utwór przywołuje na myśl „Always The Sun” The Stranglers, a początkowy motyw „Rewind The Exit” przewijający się też w dalszej części utworu też jakbym już gdzieś słyszał. Poprockowego sznytu w wielu kompozycjach dodają też damsko-męskie chórki. „Last Day Under The Sun” zaczynający album już daje nam tego obraz. Głos Michaela Poulsena pozwala też jednak na wycieczki zespołu w stronę rockabilly jak w „Pelvis on Fire” i „Die To Live”. Ten drugi to energetyczne, rockowe boogie-woogie. Zresztą ta nazwa pojawia się w tekście utworu. A do tego bardzo radosnego grania dostosowują się też pianino i saksofon. W poszukiwaniu elementów balladowości trzeba sięgnąć po „When We Were Kids” czy „Maybe I Believe”.

Trudno mi wyróżnić jedną kompozycję, jeśli mam wybierać najlepszą. Choć tak się zastanawiam, czy nie wskazałbym „Pelvis on Fire” za swoją bezpretensjonalność, radość grania i uczucie wesołości, które wywołuje ta piosenka. Zaznaczam, że jest to wesołość wywołana tym, że ten utwór jest po prostu fajny. Niby skoczny, a jednak też taneczny w swojej naturze. Wybitnych utworów może tu nie ma, ale równocześnie nie ma się za bardzo czego przyczepić. Jedyną taką rzeczą jest obecność kilkunastosekundowej miniaturki „Parasite”, która jest nie wiadomo po co. Zaś w roli gości specjalnych na płycie pojawiają się Neil Fallon, wokalista Clutch („Die to Live”) oraz gitarzysta Exodusu i Slayera, Gary Holt („Cheapside Sloggers”). I dobrze ubogacają materiał.

Nie trzeba się mocno wytężać, słuchać albumu po kilka razy, by odkryć wszystkie jego odcienie. To płyta z utworami, które wpadają w ucho od razu. Muzyka na lato. Album do wyszalenia się.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load