Recenzje

2019-08-30
Tool - "Fear Inoculum"
Po 13 latach czekania dziś ukazała się nowa płyta grupy Tool. Według naszego recenzenta Jakuba Oślaka "to płyta roku, zanim jeszcze na dobre się ukazała".
Wykonawca: Tool
Wytwórnia: Sony Music Polska
Rok wydania: 2019

Koniec warty. Oto wschodzi majestatycznie jak słońce poboczne album na który ludzkość czekała kilkanaście lat – nowy Tool. Ich legenda urosła wraz ciszą, jaką zasiali po 10,000 Days, po „ryjących beret” wideoklipach do „Schism”, „Sober” i „The Pot”, po nieobecności na Spotify, po ekstrawagancjach Maynarda, po zbudowaniu bazy głodnych fanów. Podczas ciszy napięcie rośnie, a każde źdźbło informacji budzi sejsmiczny zamęt. Trzeba to powiedzieć – Tool przed okresem ciszy był zespołem niszowym, środowiskowym, lubianym przez konkretny „typ” muzykosłuchacza; a dziś, triumfalnie wkracza pod strzechy niczym Iron Maiden, Metallica, Depeche Mode czy Black Sabbath. To już nie jest rzecz dla znawców, tylko powszechne wydarzenie muzyczne. Dlaczego Tool wyprzedał Tauron Arenę praktycznie w jeden dzień, a każda pani domu próbuje wylicytować hologramowego Lateralusa? Fala wzbierała aż do teraz i gdy wreszcie uderza o brzeg, wszystko jest możliwe.

Nowy Tool stał się frazesem, tak samo jak wcześniej nowi Guns’n’Roses, co oznacza album na który czekamy tak długo, że jest to zabawne. Warto podkreślić, nowy Tool nie jest albumem powrotowym; zespół nie rozpadł się, ani nie zawiesił działalności. Po prostu trwał w ciszy, która przeszyta została serią wyprzedanych koncertów, a później kolejnymi zapowiedziami cudów. Jednakże, zamiast opublikować nową muzykę tak jak My Bloody Valentine i kompletnie zwiesić system, Tool postawił na klasyczne budowanie napięcia, tak jak kolejne części Gwiezdnych Wojen. W pewnym momencie zacząłem mieć obawy, czy nie podzielą losu nowego sezonu Twin Peaks i wszelkiego rodzaju sequeli po latach – czegoś, co było lepsze, gdy było mitem. Obawy zniknęły, gdy nowy Tool otrzymał swoje imię – Fear Inoculum – a zespół objawił otwierający album tytułowy kawałek. Przed toolową klaustrofobią otworzyła się nieznana przestrzeń, a bijące serca zaczęły domagać się jednego – więcej!

Nie silą się na artyzm i nadmiar fantazji – grają swoje, ale z większym doświadczeniem i wyczuciem, które przekłada się na elegancję płyty, jest miodność, płynność i elektryczność. Maynard śpiewa pięcioma głosami, zespół przycina techniczny rytm, wartkie tempo i przejścia z laserową precyzją. Nic tu nie jest powielone; Tool nie stali się fanami Toola, tylko robią co do nich należy – z odwagą i fantazją, tak jak w „Invincible” i „Descending”. A jednocześnie, mając na sobie uwagę starych i nowych słuchaczy, są dumni jak pawie. Nowe numery porażają prądem, szczególnie finałowe „7empest”. Wyraźnie słychać, że czas postąpił naprzód, ale ich osobowość artystyczna i brzmienie pozostały takie same. Nazwać ich alternatywnym metalem czy prog-rockiem to krzywda. Ich moc płynie z wyobraźni, neurotyzmu, dziwactw, enigmy, efektów i fajerwerków. Z tego pełzającego rocka, który jak demon-czerw wysuwa się z głośnika i przenika ludzkie oczy, uszy i nozdrza.


Więc jaki jest ten nowy Tool? Jest to materiał niejednolity i wielobarwny, rozwlekły jak Tales of Topographic Oceans Yes. Poprzednie albumy Toola pozwalały przez lata przywyknąć uszom i duszom do wagi materiału. Teraz nie będzie inaczej; z tą różnicą, że opinie posypią się od razu, jak gromy z nieba i popiół na głowy. Temat jest chodliwy, jest hasło, jest trend, warto wrzucić swoje trzy grosze póki gorąco. Warto wypowiedzieć się w tonie wybrednego eksperta, aby pokazać światu swoje obyte podniebienie i membranę, oraz cięte riposty i wygimnastykowany język. Kto zechce, odczyta te same elementy płyty jako zalety i wady. Grają tak samo? Zgadza się. Utwory są długie i schematyczne? Jasne. Maynard śpiewa delikatniej? Prawda. Więcej tu ozdób, detali, smaczków niż czadu i piąchy? Potwierdzam. Ale moje trzy grosze mówią tak: to płyta wybitna, porywająca, elektryzująca. Nie jest jednorodną, koncepcyjną całością jak The Wall, lecz zbiorem osobnych historii, jak Physical Grafitti.

Fear Inoculum to owoc konsekwencji w konstruowaniu brzmienia, pielęgnowania rzemiosła i nabywania doświadczenia; nie istniałoby, gdyby nie Undertow czy Aenima. Dostaliśmy nową zabawkę, wymarzoną, zamawianą natrętnie u rodziców i ukradkiem znalezioną w szafie w oczekiwaniu na Gwiazdkę. Wiedzieliśmy od początku jaka będzie, jakie są jej funkcje, kolory i przełączniki, jakie wydaje dźwięki i jak pachnie. Radość płynie z tego wielka właśnie dlatego, że jest taka, jaką zamawialiśmy. Można mówić o braku innowacyjności, ale po 13 latach rozłąki i braku kontaktu chcemy, aby nasz przyjaciel był taki jak dawniej - ma grać w kosza i Mortal Kombat, zbierać naklejki z gum i dawać ściągać. Ma lubić Koszmar z Ulicy Wiązów, Rage Against the Machine i Sędziego Dredda, ma czarować koleżanki i mazać po ścianach starych klatek. Nie chcemy kogoś innego, chociaż jesteśmy gotowi na to, że głos mu się obniżył, wzrok pogorszył, a dowcip wyostrzył.

Tool ma jubilerskie oko do szczegółów i nieznośną lekkość wykonania. Mimo to, nowym kompozycjom trzeba poświęcić uwagę indywidualnie, aby wydobyć z nich maksimum zagadkowości, sztukmistrzostwa i tego rytmu, przy którym tak lubimy kuśtykać. Jest w nich elegancja i profesjonalizm, polot i wyczucie, są te zwrotnice pomiędzy ciepłem a zimnem. Jest gościnnie Brian Lustmord i jego mroczne buczenie. Jest Maynard ze swoim wachlarzem wokalnym (wydaje się, jakby wokalistów było kilku), jest Adam który wypełnia przestrzeń gitarą jak Frusciante, Iommi czy Townshend. Jest Danny, który odmierza puls elektrycznymi tasakami, i wreszcie Justin - kapitan, maskotka i dobry duch drużyny. Jego bas słychać wszędzie, w tle i na pierwszym planie - gdyby go wyłączyć, nastanie cisza. Razem potęgują swoje umiejętności, które prowadzą do czegoś świeżego, intrygującego, elektryzującego i wciągającego. Grają razem i obok siebie, uderzając jak pięść.

Celem muzyki jest radość. Nieważne czy brzmienie jest podniosłe i ekstatyczne, depresyjne i ponure - gdy muzyka nam się podoba, oznacza to radość. Fear Inoculum niesie taką radość. Nie jestem wyznawcą Toola, a wręcz ich sceptykiem; uważam ich za przesadnie dobrze opakowanych. Te klipy, te pudełka z okularami, te błyszczące książeczki i wszystkie inne dziwactwa - zwykle oznaczają niedobory treści. Teraz też nie interesują mnie te ekraniki, kabelki i inne bzdury; ale ta muzyka nie pozwala się od tej płyty oderwać. Ona dodaje słuchaczowi sił, który czuje, że obcuje z czymś dobrym i witalnym, w czym wrze moc sprawcza i klucz do zrozumienia snów. Ta siła to świadomość, że gdzieś tam jest Maynard, który kiwając się na boki wydobywa z siebie pieśń marzeń i koszmarów, demonów i aniołów; gdzieś tam, gdzie ze ścian wychodzą gałęzie i jaszczurki, a spod zaszytych powiek spogląda w bezgwiezdną czerń laserowe Oko Opatrzności. To płyta roku, zanim jeszcze na dobre się ukazała.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load