Recenzje

2019-09-13
Iggy Pop - "Free"
Iggy Pop nagrał i wydał album "Free", który będzie zaskoczeniem dla wielu jego fanów. Dlaczego? Na to pytanie odpowiedział Jakub Oślak.
Wykonawca: Iggy Pop
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2019

Iggy Pop wystąpił niedawno w filmie Jima Jarmusha Truposze nie umierają. Zagrał tam, no cóż, ożywionego truposza – standardowo mówiącego niewiele, żywiącego się ludzkimi organami, oraz (widać w tym rękę mistrza kina!) pijącego kawę prosto z dzbanka. Obraz ten został wyśmiany przez widzów i krytykę, bo nie dość że jest to kolejny film o zombie (50 lat od Nocy żywych trupów?), to jest to kolejny pastisz filmu o zombie, w dodatku dosyć subtelnie śmieszny. Niby taka obsada, niby taki reżyser; dlaczego Jarmush zrobił taki fajans?... Nie chcę uchodzić za jedynego kumatego, ale właśnie dlatego, że mógł – i zrobił. A my poszliśmy na to do kina. Więc kto tu jest zombie i o kim jest to film?

A teraz wujek Iggy zrobił coś w podobnym stylu, tylko w muzyce. Jego najnowsza płyta zatytułowana jest po prostu Free i to mówi o niej wszystko; oraz, znacznie więcej gdy już ją przesłuchamy. Jeśli ktoś spodziewa się podobnego do Post Pop Depression rockowego ciosu – niech to jeszcze przemyśli. Free jest piaskownicą Popa – miejscem, gdzie wszystko mu wolno, a jeśli komuś to nie pasuje, może wyłączyć płytę – już i tak ją nabył. Jestem daleki od twierdzenia, że Iggy nigdy wcześniej nie robił tego, co chciał – ale jest różnica gdy 50 lat (znowu ta liczba) temu deklarował że chce być moim psem, a teraz, gdy w wieku 72 lat(!), głębokim jak grób głosem szydzi, gawędzi, wieszczy i ostrzega.

Szczególnie pierwsza strona tej płyty potrafi odstraszyć, ta sama na której brzmi „James Bond”, który od jakiegoś czasu gości w radiu. Każda z tych piosenek, na czele z „Dirty Sanchez”, brzmi jak żart który rozumie tylko jego autor. I rechocze w rękaw na widok nas, zombie, którzy tego nie kumają. Niestety, nie są to piosenki wysokich lotów, a przecież wiemy, że Iggy potrafi takie pisać, nawet jeśli czyni to z kimś do pary („The Passenger”, „Candy”, „China Girl”, „Sister Midnight”). Teraz też pomaga mu w tym jazzman Leron Thomas, co ma wydźwięk nie tylko dźwiękach, słowach, ale i duszy tej płyty. Zresztą sam Iggy Pop stwierdził, że jest to krążek innych ludzi, na którym on tylko użycza głosu.


Na pierwszej stronie Free dzieją się dziwne rzeczy. To Pop siedzący na wielkim stołku, machający nogami i pokazujący wszystkim środkowy palec, jak ma w zwyczaju. To jego czas i jego sposób na relaks. Jest tam coś o cyckach i tyłkach i jak zwykle o ambiwalentnym stosunku do świata. Są śpiewy z podziałem na głosy, trąbki i syntezatory, jest swobodnie i nowocześnie. Natomiast zupełnie inny klimat wkracza, gdy obrócimy płytę na drugą stronę. Tu zaczyna się kontemplacja – profetyczna poezja Lou Reeda („We Are The People”), nastrojowa trąbka Thomasa, głos Popa w okularach deklamującego wieczorem w fotelu, oraz gitarowe dźwiękobrazy od Sary Lipstate, czyli Noveller.

Ta druga strona ratuje całą płytę. Z wielopoziomowego żartu robi nam się dzieło sztuki, podobne w konstrukcji co Before and After Science Briana Eno. To dwie twarze Popa – wiecznego trefnisia, oraz sędziwej legendy, który coś nam do powiedzenia ma; kogo jak kogo, ale jego akurat warto posłuchać. Oto właśnie sens tej płyty. Ponad 50 lat tornada na scenie, latania po świecie, tarzania się w błocie i szczątkach butelek, zażycia wszystkich dostępnych ludzkości używek. Kto ma większe prawo udzielać nam lekcji na temat życia niż ten, kto przeżył go tyle i w takich ilościach? Free brzmi tak, jakby Pop interpretował Michela Houellebecqa, którego sam jest fanem, tak jak kiedyś na płycie Préliminaires.

To piewsze konkretne podobieństwo do czegoś z przeszłości Popa. Drugie to oczywiście The Idiot. Nie ma tu mowy o dzikości i magii The Stooges – tu trwa sztuka, kontemplacja, eksperyment, wolność duchowa i artystyczna. Jemu takie płyty po prostu wolno nagrywać; ktoś anonimowy miałby z tym materiałem problem. Iggy to pewien symbol, nagrodzona ikona stylu, legenda i autorytet. Dla drętwej krytyki nie ma tu miejsca. Lubimy go i chcemy go słuchać, właśnie dlatego, że jest Iggym.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load