Recenzje

2019-09-16
Korn - "The Nothing"
Trzynasta płyta studyjna w dorobku zespołu nazywanego legendą nu metalu. W dodatku wydana w piątek trzynastego. Przypadek? Możliwe. Ale akurat nie w tych faktach leży klucz do nowej płyty Korna. Są nim dwa słowa: strata i ból.
Wykonawca: Korn
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2019

Ostatnie kilkanaście miesięcy nie były łatwym czasem dla wokalisty Jonathana Davisa. Zmarły: jego matka, a także jego żona – Deven. Te wydarzenia odbijają się w tekstach i wokalach Davisa na tym albumie. Przeżywanie żałoby, opisywanie swoich emocji, wyrzucanie ich z siebie – album jest dla wokalisty formą terapii. Płacze wręcz pod koniec „The End Begins”, emocjonalnie kończy się też „Surrender To Failure”. Słychać w tym wszystkim uwalnianie tego, co w nim siedzi. A poza tym balansuje między growlem, krzykiem i melodyjnym śpiewem, jak to w przypadku Davisa bywa. W „The Ringmaster” prezentuje trochę teatralny wokal, a w „H@rd3r” – raperski wręcz styl.

Muzycznie - bardzo zwodnicze jest pierwsze kilka sekund albumu. „The End Begins” zaczyna się od gry na dudach, ale dalej dołącza rockowe instrumentarium i robi się coraz mroczniej. I ta mroczna atmosfera przewija się przez album. Choć równocześnie można też zauważyć następująca zależność: najwięcej mroku mają w sobie najkrótsze utwory – „The Seduction of Indulgence” oraz „Surrender To Failure”. Do tego dużo ciężaru jak w „Idiosyncrasy”, a także mocy objawiającej się nie tylko w kanonadzie na początku „Gravity of Discomfort”.


Bardzo podobnymi do siebie pod względem budowy utworami są „You’ll Never Find Me” i „The Darkness Is Revealing” – wpadające w ucho, z budowaniem napięcia w fragmentach prowadzących do krzyków. Do kategorii utworów sprzyjających radiu można zaliczyć też m.in.„Finally Free”. Mi bardzo podoba się „Cold” – mroczny, ciężki, z growlem na początku, ale i melodyjnym głosem wpadającym w ucho. Przypadł mi też do gustu „This Loss” łączący ciężkie, metalowe fragmenty z ciężkimi dźwiękami. Ma nawet dość bujający moment, z którego jednak zostajemy brutalnie wybudzeni growlami i krzykami.

Zabrzmi to trochę strasznie, ale jest tak zazwyczaj, że osobiste tragedie muzyków przekładają się na udane albumy. Ale nawet odstawiając na bok ten kontekst w przypadku następcy „The Serenity of Suffering”, śmiało można napisać o dobrym, solidnym materiale. Z zaznaczeniem, że łatwo i przyjemnie to tu na pewno nie jest.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load