Recenzje

2019-09-23
Cult of Luna - "A Dawn To Fear"
Nowy album szwedzkiej gwiazdy post-metalu Cult of Luna to według naszego recenzenta jedna z najlepszych płyt w dorobku tego zespołu oraz dobry prognostyk przed koncertem, który odbędzie się 8 grudnia w warszawskiej Progresji.
Wykonawca: Cult of Luna
Wytwórnia: Metal Blade / Mystic Production
Rok wydania: 2019

Post-metal to jeszcze jedna dziennikarska wydmuszka, która okazała się pocałunkiem śmierci dla niejednego zespołu, a nawet całego gatunku. Mówię tu nie o samym stylu grania określanym jako post-metal; mówię tu o wszelkiego rodzaju łatkach, które najpierw sprzedają dany zespół niczym sklepowe metki, a później są jego zgubą jak szkarłatne litery wycięte nożem na czołach winowajców. To oczywiście ma służyć lepszej orientacji konsumenta, który w zgiełku tysiąca nowości gubi się jak mysz w supermarkecie. Takie mikro-gatunki deprawują słuchaczy z przyjemności poszukiwania, a zespoły skazują na kajdany czegoś, co na początku wydawało im się dobrym, własnym pomysłem. Dlatego artyści tak nie lubią metkowania – gotyk, grunge, IDM, post-rock – i ich misją staje się zerwanie tych kajdanów, często ku zgrozie słuchacza, który takich wolt i ucieczek nie docenia. No bo w końcu przyszedł tu po post-metal, a nie synth-pop, jazz-rock, breakcore czy dark ambient.

Cult of Luna nie robią jednak z tego zagadnienia, tylko idą naprzód po swoje. Ich nowy krążek A Dawn to Fear rodził się przez kilka lat rosnących oczekiwań ich wielbicieli, których nie do końca zadowalały kolaboracje, soundtrack oraz koncertówki, jakie Luna w międzyczasie poczyniła. Gdy wreszcie nadszedł, można z uglą stwierdzić – nareszcie! Nowa niebagatelna wytwórnia, coraz wyższa renoma, coraz większe kluby, jak zawsze doskonała okładka – Szwedzi wydają się wiedzieć co robią, kiedy i dla kogo. Nowy materiał bowiem, o zgrozo, brzmi niezwykle świeżo i ożywczo, nie tylko dla samej Luny, ale i całego mikro-gatunku. Niby słychać to samo co zawsze, te gniewne wrzaski, ten narastający wodospad emocji, tą atmosferę zgubnej ucieczki – a jednak brzmi to ciekawie, energetyzująco i wciągająco. Luna przez lata bardzo „oświetliła” i złagodziła swoje brzmienie, jak często bywa w takich przypadkach, gdy młodzieńcze ideały, zapał i radość zastępuje doświadczenie, obycie i dojrzałość.


Nie znaczy to, że na nowej płycie nie czuć tej radości. Słychać wyraźnie, że zespół kipi energią i chęcią wyskoczenia w głośników na środek salonu z wrzaskiem na ustach i lśniącą czernią lejącą się z gitar. Mimo doświadczenia, brzmią tu bardzo „młodzieńczo”, a przy tym autentycznie. Drugim fundamentem A Dawn to Fear jest dbałość o detal – te niepozorne odważniki aptekarskie podwieszone pod sufit, od których zależy wszystko. Posłuchajcie chociażby „Lights On The Hill” czy finałowego „The Fall”; tam pod falami gitarowego zgiełku i bladej mgły widać światełka, których kolory stanowią esencję tej płyty. To są te elementy, które docenią ci co przyszli po artyzm, a nie wyłącznie metalowe rzemiosło. To trzeci i filar tego krążka – złoty środek: wierność mikro-gatunkowi i oczekiwaniom fanów, ale i cicha dekonstrukcja, która w tempie kalejdoskopu zmienia krajobraz. Jeśli w tych zgliszczach metalu mamy zalążek tego, co nazywamy progresywnością – to właśnie tu.

A Dawn to Fear należy do tych płyt, które wpadają do głowy natychmiast, przy pierwszym podejściu, bez prób, koncypowania, dyskutowania i analizy. Nie znaczy to jednak, że jest to dzieło proste – zbyt dużo tu warstw, szczegółów, zabiegów i zwrotów, aby odmówić mu artyzmu i mistrzowskiej dbałości. Jest w nim coś z czystej karty, do której zapisania czarnym węglem zespół sposobił się kilka lat. Być może nie ma tu globalnego wstrzymania oddechu jak przy nowym Toolu, ale oba te krążki łączy bardzo efektowne podążenie sprawdzonymi ścieżkami. W muzyce Luny panuje estetyczna głębia, a nie tylko jej pozory, które odstraszają słuchaczy przed ogromem zespołów im podobnych. To swoisty drugi plan, na którym czasami potrafi dziać się znacznie więcej, niż na froncie. Dlatego właśnie to dzieło jest tak przestrzenne i wciągające – można podziwiać je wielokrotnie i za każdym razem znajdować nowe, wspaniałe elementy. To także dobry prognostyk przed koncertem Luny w grudniu.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load