Recenzje

2019-09-25
Tides From Nebula - "From Voodoo To Zen"
"From Voodoo to Zen" to tytuł nowego albumu nowego wcielenia grupy Tides From Nebula. Nasz recenzent Jakub Oślak przeanalizował jak niedawna zmiana w składzie zespołu wpłynęła na jego brzmienie.
Wykonawca: Tides From Nebula
Wytwórnia: Mystic Production
Rok wydania: 2019

Gdy zespół muzyczny wypracowuje sobie przez kilka lat pewien wyraźny i rozpoznawalny styl grania, wszelkie odstępstwa od niego są aktem odwagi, ale i ryzyka. Zmiany bywają nieuniknione - tym bardziej, gdy zespół opuszcza jeden z jego założycieli, jego „głos” i napęd. To taki moment, gdy jedno z miejsc na scenie nagle staje się puste i nadchodzi pytanie, co dalej? Drużyna po stracie piłkarza przesuwa się do defensywy i broni wyniku, lub rzuca się do gardeł przeciwnika. A co robi zespół muzyczny? Rozpada się lub szuka zastępstwa. Ich wypracowany styl właśnie przestał obowiązywać - brzmienie ubożeje, chemia cierpi, fani marudzą. Trzeba nie lada wysiłku, aby wyjść z tego z tarczą.

Tides From Nebula zrobili coś na przekór piłkarskim metaforom – rzucili się do ataku aby bronić wyniku, pokazując że potrafią obrócić presję w kreatywną moc. Mając więcej przestrzeni, zaryzykowali. Ich tożsamość, wizerunek i dynamika uległy zmianie, a każdy z pozostałej trójki muzyków przyjął na siebie więcej obowiązków. Paradoksalnie, to przesunięcie środka kreatywnej ciężkości wyszło im na dobre, być może lepiej niż ktokolwiek się spodziewał. To, co wydawało się osłabieniem (jednego zawodnika mniej) stało się siłą; więcej przestrzeni oznacza więcej swobody – to idealny pretekst do tego, aby wprowadzić w życie zmiany brzmienia, koncepcji, pomysłu na muzykę.

Gdy mówimy o From Voodoo To Zen nie mówimy o „nowych”, lecz odmienionych Tides From Nebula. Nie jest to jednoznacznie najlepsza płyta z dotychczasowej piątki (najlepsze nie istnieje), ale bez wątpienia najbardziej wyróżniająca. Już wcześniej było słychać, że elektronika gra tu coraz większą rolę. Teraz, gdy w zespole o jedną gitarę mniej, klawisze i pokrętła stały się wiodącym elementem brzmienia, równie eksponowanym co reszta. To wpływa na koloryt tych utworów, kształt i dynamikę kompozycji. Tides From Nebula słyną z przestrzenności brzmienia, z zaraźliwej energii jaka płynie z ich niemej muzyki. Ta bajka wciąż trwa, ale trafiliśmy do nowej krainy, z nową drużyną i nową misją.


From Voodoo To Zen to funkcja repeat na kilka dni. Ogólnie jestem wpatrzony w Tides jak w obrazek i gorąco im kibicuję, ale gdybym miał im coś zarzucić to stosunkowo niską odrębność albumów, jaką nagrali we czwórkę. Teraz jest inaczej; nowa płyta ma wyraźnie zarysowaną odrębną tożsamość, jak czarny kot w szarym miocie. To nadal są Tides i te ich dobrze znane kaskady barw i kształtów, ale w innym kontekście, innym filmie. Jest wyraźniejsza swoboda i większy luz tematyczny – jest rytm i nowoczesność, są ostre zakręty typowe dla progresji a nawet jazzu; są ślady dziedzictwa rocka poetyckiego takiego jak Pink Floyd czy Marillion, ale i delikatność następnych pokoleń, jak Sigur Rós.

To, co najważniejsze w nowej płycie to jej świeżość i wielobarwność. Słuchacz sięgając po ten krążek myśli „Oby było dobrze” – po chwili stwierdza „Jest dobrze!”, a po jej wybrzmieniu „Jest lepiej niż sądziłem”. To nie tylko oddech ulgi, ale nowy zachwyt. Ręka w górę kogo 10 lat temu zachwyciła Aura. To było coś nowego, przynajmniej na polskim podwórku. Od tamtej pory sporo się zmieniło i brzmienie nowej płyty w jakimś stopniu oddaje nastrój jaki panuje obecnie w muzyce w ogóle, w Warszawie, Berlinie czy Tokio. From Voodoo To Zen jest zmianą, która dzieje się dynamicznie, na naszych oczach. To hipersześcian, dzięki któremu dostrzegamy nieznane dotąd wymiary geometrii.

From Voodoo To Zen to album i tylko tak należy go przyjmować. Mimo to, każda kompozycja zasługuje na wyróżnienie: „Dopamine” wyrywa się, aby podziwiać ją jako „hit”, ale obok niej jest równie atrakcyjny „Radionoize”. „The New Delta” to najbardziej klasyczne Tides. Szaradę otwiera potężne intro „Ghost Horses”, urwane nagle. Utwór tytułowy to zmiana wszystkiego – tempa, nastroju, barw, otoczenia. Za to finał płyty to już poetyckie, sielankowe, oniryczne krajobrazy w dwóch kompozycjach o jakże wspaniałym przebiegu – bez pośpiechu, celebrując zaklęty w muzyce spokój i radość jaką niesie. Zgodnie z tytułem – zaczynamy w szale, ale kończymy na liściu nenufaru.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load