Recenzje

2019-10-04
Mery Spolsky - "Dekalog Spolsky"
Mery Spolsky wydała drugi w swojej karierze album - tym razem pod intrygującym tytułem "Dekalog Spolsky". Płycie przysłuchał się nasz recenzent Marcin Knapik.
Wykonawca: Mery Spolsky
Wytwórnia: Kayax
Rok wydania: 2019

Kiedy zobaczyłem w zeszłym roku, na Męskim Graniu w Krakowie występ artystki, o której będzie tu mowa zastanawiałem się, kto wpadł na pomysł, żeby ją zaprosić. Balansowanie na krawędzi kiczu, czasem wręcz cukierkowe brzmienie. Z drugiej strony – intrygowało to, jak sobie radziła ze wszystkim, będąc sama na scenie. Dochodziła do tego kreacja osobowości scenicznej. Słysząc o tamburynie spolsky, byłem bliski wybuchu śmiechu. W każdym razie zapamiętałem ten występ. I mając go w pamięci, zabierałem się do odsłuchu drugiej płyty Mery Spolsky.

„Dekalog Spolsky” to album zawierający utwory o dziesięciu zasadach, jakimi kieruje się Mery Spolsky. A że to dekalog, uświadamia nas sakralnie brzmiący wstęp. Słuchając tekstów, rzucają się w uszy zabawy językiem polskim objawiające się choćby w nieoczywistych zakończeniach wersów w „Bigotce” czy sprytnych nawiązaniach do tekstów utworów Dawida Podsiadły, Katarzyny Nosowskiej czy The Dumplings w „Mazowieckiej Kiecce”.

Dwanaście utworów (wliczając wstęp i bonus w postaci „Ups!”) prowadzi słuchacza przez wyraziste oblicza elektroniki. I w tym miejscu trzeba nadmienić, że za muzyczną produkcję odpowiada No Echoes. Rezultatem są technobity – dyskotekowe „Mazowieckiej Kiecki” i „Technosmutku”, w których bit bit bitem pogania, napastliwe w „Sorry From The Mountain”, tłuste w „Bigotce” czy techno umpa-umpa w „FAK”. Muzycznie balansujemy na pograniczu kiczu. I to nie tylko w pulsujących kompozycjach, ale też w brzmiącym gładko w porównaniu do innych kompozycji „Cielistych rajstopach”. A technobity nie muszą się wszystkim podobać. Mnie na przykład nie przypadły do gustu, zwłaszcza te umpa-umpa.


Muszę jednak przyznać, że podoba mi się choćby „Szafa Meryspolsky” będący wspomnieniem Mery o jej mamie – Ewie. Jeden ze spokojniejszych, balladowych utworów na albumie. Takim jest też „Kosmiczna Dziewczyna”, w której stworzony stosowny do tytułu klimat. Podeszły mi też zimnobitowe „KA” czy „Blond Włosy” wybuchające w refrenach.

Na pewno nie można napisać o Mery Spolsky, że jest nijaka. Wyraziste, choć mogące wkurzać bity. Teksty z eksperymentami, z wtrąceniami angielskich słów, na pewno intrygujące, z pokazywaniem pazurków, czasem wręcz niegrzeczne jak w „Ups!”. Mieszanie raperskiego stylu ze śpiewem. Całokształt osobowości i wyrazistość, jaką dostajemy w zestawie sprawia, że trudno przejść obok tego wszystkiego obojętnie. Czyli coś w stylu „albo się kocha albo się nienawidzi”. I podchodzę do tego z respektem i szacunkiem, mimo tego co napiszę w zamykającym recenzję akapicie.

W „Technosmutku”, który w zasadzie zamyka album (powiedzmy, że podstawową część, nie wliczamy „Ups!”) padają takie słowa Mery: „A na koniec mojej płyty czekam grzecznie za zachwyty albo skargi i skowyty, bo najgorzej to jak odbiór jednolity”. Dziękuję za to prawo. Mogłem dzięki temu spokojniej podejść do napisania tych paru zdań. Choć dźwięki tego albumu raczej rozmijają się z moimi upodobaniami, to równocześnie mam świadomość, że jest spora grupa osób, której może ta płyta przypaść do gustu. Jej nowoczesność, bitowość oraz charakter (wręcz charakterek – w pozytywnym kontekście) i wyrazistość artystki zebrane w całość są kuszącym, przyciągającym magnesem.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load