Recenzje

2019-10-18
Cigarettes After Sex - "Cry"
"Cry" to drugi album w dyskografii grupy Cigarettes After Sex i jednocześnie następca znakomicie przyjętego debiutu z 2017 roku.
Wykonawca: Cigarettes After Sex
Wytwórnia: PIAS Poland
Rok wydania: 2019

Gdy jesteś w zespole, który zaistniał dzięki swojemu charakterystycznemu, rozpalającego serca fanów brzmieniu, trudno jest z tego brzmienia świadomie zrezygnować na rzecz dalszych poszukiwań. Marka Cigarettes After Sex opiera się na błyskawicznym, samodzielnym sukcesie, oraz momentalnie rozpoznawanym stylu grania i śpiewu, który można z grubsza określić jako ich własny, przez nich wykonany i to nie jest ich ostatnie słowo. Ten senny styl brzmiący jak videoklip nagrany w zwolnionym tempie i żeński głos Grega Gonzaleza cały czas obowiązują; zespół nagrał właśnie drugi longplay, który zgodnie z przewidywaniem jest kontynuacją dobrej passy rozpoczętej jedną piosenką. Cry nie przynosi nic nowego, czego nie słyszeliśmy do tej pory w wykonaniu Cigarettes; pytanie tylko, po co zmieniać zwycięzką formułę, skoro przyniosła trwały sukces i stale poszerza grono fanów?

Większość sequeli stanowi rachunek wystawiony wielbicielom za ich oddanie, zaufanie i zachwyt. Zdarzają się jednak takie kontynuacje, które przynoszą równie dużo radości (a czasem więcej) co pierwowzór, właśnie dlatego, że zasadniczo są powtórką z rozrywki. Jak mawiał inżynier Mamoń, podobają się nam te melodie, które już raz słyszeliśmy, poprzez reminiscencję. Cry to właśnie taka sytuacja – te wszystkie piękne i urzekające piosenki już były, ale na tym właśnie polega ich atut. Nie mamy jeszcze dość Cigarettes, cały czas są „nowinką”, wciąż chcemy aby śpiewali kołysanki do snu na jawie bez jakiejkolwiek potrzeby pogoni artystycznej za zmianą, zaskoczeniem, ambicją i ego. Czas i scena należy do nich, więc czemu z tego nie korzystać? Ta formuła jeszcze się nie wyczerpała, więc należy z niej korzystać póki działa – co już skrzętnie wykorzystują oni, a co powinniśmy i my.


Przechodząc do rzeczy, nawet jeśli Cry jest albumem z powielacza, to nadal jest piękny i wzruszający. Gdy Greg zaczyna śpiewać, nasz dzień zaczyna zwalniać – czas przestaje biec, kształty przestają się poruszać, a wszelki hałas przykrywa majestatyczna, osobista cisza. Takie numery jak „Heavenly”, „Touch” czy tytułowy „Cry” są wręcz do przesady piękne i melancholijne i nie sposób im się oprzeć. Stanowią ucieleśnienie buckleyowskiej radości przez smutek. Nawet jeśli pierwsze wrażenie przynosi chłód i „znowu to samo”, to po chwili powieki stają się cięższe, a ręce poruszają się jak odrętwiałe. Do głosu dochodzi wtedy umysł przywołując najpiękniejsze obrazy, jakie zachowaliśmy we wspomnieniach - momenty szczerej radości, gdy czas stawał w miejscu jak na fotografii. Cry nie mówi jasno, czy te chwile minęły bezpowrotnie, czy też nadal są w nas, czekając na ponowne uwolnienie.

Cry to krótki film o miłości. Bardziej niż słowami przemawia barwami, a to o czym śpiewa Gonzalez jest mniej ważne niż to jak śpiewa. Nie bez powodu w kontekście tej muzyki pada słowo ambient, gdyż jest to rzecz atmosferyczna, przemawiająca nastrojem ponad znaczeniem. Przewagą Cry nad debiutanckim albumem jest jego kompletność. To płyta dopracowana, wyrównana i rozpisana na trwanie jako całość, a nie tylko zbiór potencjalnych singli. Cry jest śmielszy i bardziej świadomy – zespół rozumie w czym jest mocny i to wykorzystuje. To ten natychmiastowy klimat snu w wodzie, gdzie nic co widzimy nie jest prawdziwe, a całe zło tego świata pozostaje wyłącznie naszą fantazją. Smutek można wyrażać poprzez radość – i vice versa – a najlepiej, gdy te emocje są zespolone w jedną maginczą transmisję. Zatem, zanim zapytamy co dalej, pozwólmy chwili jaką jest Cry trwać.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load