Recenzje

2019-11-01
The Desert Sessions - "Vol.11&12"
Po 16 latach przerwy Josh Home wskrzesił projekt The Desert Sessions.
Wykonawca: The Desert Sessions
Wytwórnia: Matador Records
Rok wydania: 2019

Kolejne po solowej płycie Kim Gordon „domowe” nagranie, takie na pół godziny, idealne na drogę do pracy. Josh Homme po kilkunastu latach przerwy reinkarnuje The Desert Sessions, czyli ekipę luźno powiązanych muzyków, którzy zebrali się w „domu”, aby sobie popić, pozażywać i ponagrywać. Josh to kawał chłopa, typ rudego farmera w koszuli w kratę, a ci za kołnierz nie wylewają; tym bardziej, jeśli towarzyszą mu takie postaci jak Billy Gibbons (ZZ Top), czy Les Claypool (Primus). Jest też młodsze pokolenie – Mike Kerr (Royal Blood), Jake Shears (Scissor Sisters), a także Stella Mozgawa (Warpaint). Co ciekawe, ta perkusistka wystąpiła także na nowej płycie wspomnianej na początku Kim Gordon, zamykając krąg. Ale, póki co, jesteśmy w domu Josha; ten dom nazywa się Rancho de la Luna i jest studiem nagrań na skraju pustyni Mojave we wschodniej Kalifornii. Grzechotniki, jukki krótkolistne (zwane, nomen omen, Joshua Tree), piach, słońce i halucynogenna cisza – to przemawia do muzyków, aby poprzebywać w takim miejscu i zaczerpnąć z panującej tam atmosfery wolności.

Efektem tego jest płyta, która brzmi jak nagranie demo – sesyjny outtake, który zwykle przechowuje się z myślą o wydaniach deluxe słynnych albumów. Taki był od początku The Desert Sessions zamiar Josha – zebrać znajomków po fachu, ułożyć coś na poczekaniu, zagrać jak jam, nagrać w komplecie ze śmiechem z głębi studia i gotowe. To jest granica za którą kończy się rock’n’rollowe zblazowanie czy pretensjonalny perfekcjonizm, a zaczyna zabawa. The Desert Sessions brzmi jak prywatna impreza muzyków ją tworzących, których ktoś „przypadkiem” nagrał. Były już takie historie (patrz The Cosmic Jokers), ale tutaj wszystko odbywa się „na legalu”. Te piosenki nie są ani wybitne ani dopracowane, chociaż rzucono wśród nich perły przed wieprze – „Noses in Roses Forever” oraz „Something You Can’t See”. I właśnie o to chodzi – o radość tworzenia, o swobodę niedoskonałości, i o ekscytującą losowość improwizacji. Mimo iż z porozu te piosenki brzmią jak demówki albo materiał do szuflady, słucha się ich z radością – często większą, niż dopracowane co do kropelki Queens of the Stone Age.


Szaleństwa Franka Zappy, Mike Oldfield i Vivian Stanshall nagrywający fragmenty Tubular Bells po pijaku, Popol Vuh zarejestrowani po kryjomu podczas mantrującej improwizacji, Floydzi szukający tego jednego dźwięku na start „Echoes”, kilkanaście podejść The Doors do „Roadhouse Blues” czy niezliczone ujęcia „Good Vibrations” Beach Boysów. To są wszystko skarby, ale też rzeczy specjalistyczne, dokumentalne, uchwycające pewien moment wolności i swobody. The Desert Sessions to właśnie taki moment, z góry zaprogramowany przez człowieka z głową pełną muzyki, który wie jak się nią bawić. To moment anty-dyscypliny, domowego hulaj-dusza wśród instrumentów, aparatów, pokręteł, i monitorów. To duch Rancho de la Luny, studia które wyzwala w muzykach dzieci, podobnie jak historyczne Sound City w Los Angeles, Trident w Londynie, czy studio Conny’ego Planka w Kolonii. Dzięki temu możemy podziwiać takie cudowne koszmarki jak „Chic Tweetz”, które nie mogłyby ukazać się na jakimkolwiek „zwyczajnym” albumie sygnowanym przez Josha Homme.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load