Recenzje

2019-11-06
Mark Lanegan Band - "Somebody's Knocking"
Jedenasty album Marka Lanegana powstał w trakcie 11-dniowej sesji nagraniowej w Los Angeles, gdzie artysta mieszka od 20 lat.
Wykonawca: Mark Lanegan Band
Wytwórnia: PIAS
Rok wydania: 2019

Chociaż najchętniej kojarzymy wujka Marka ze stoickich, ponurych ballad, Somebody’s Knocking to konsekwencja dwóch poprzednich, bardziej dynamicznych albumów – Gargoyle oraz Phantom Radio. Już wtedy było słychać, dokąd zmierzamy; Mark przypomina słuchaczom, że nie urodził się stojąc na baczność przy mikrofonie jak słup soli. Pomimo historii z nadmierną dynamiką sceniczną jeszcze w Screaming Trees, Mark śmiało chwyta rewolwery w postaci prądu, elektroniki i efektów specjalnych. Jego muzyka dawno nie była tak bogata i taneczna. Kołysanki z ukochanych Imitations i Bubblegum, oraz ze współpracy z Duke’m Garwoodem, Isobel Campbell i Soulsavers nadal są najlepsze na świecie; ale, w tym piecu pali diabeł i musi czasem wypuścić więcej czadu, krótkich spięć i fajerwerków.

Owa dynamika dała o sobie znać już wcześniej, lecz dopiero tutaj staje się pełnoprawną mroźną dyskoteką w stylu new wave. Jej początki słyszeliśmy na Gargoyle, ale teraz ekipa poszła na całość. Za elektryczne gitary, syntezatory, basy, perkusje i drum-maszyny odpowiadają starzy znajomi Marka – Alain Johannes i Martyn LeNoble – oraz ci młodsi: Martin Jenkins (Pye Corner Audio), Rob Marshall (ex-Exit Calm) i Sietse van Gorkom (Red Limo String Quartet). Świeża krew zapewnia płycie świeżość brzmienia i ten radosny chłód elektroniki, białą ścianę dla ponurych barw głosu Marka. Sporo w tym kontrastu i zderzenia estetyk, ale po kilku podejściach brzmi zupełnie naturalnie. To kolejny z niezliczonych albumów, gdzie głos Marka gości w odmiennych warunkach i nieomylnie intryguje. 


Gdy już przywykniemy do estetyki tej płyty, stwierdzimy jak dużo tu materiału na przebój: „Dark Disco Jig”, „Night Flight to Kabul”, „Gazing From the Shore”, „Stitch It Up”. Ale największy “hicior” na krążku jest ukryty pod spodem – to „Penthouse High”. Nie kojarzę drugiej tak pozytywnej i „jasnej” piosenki w wykonaniu Lanegana; chyba, że mówimy o sąsiednim „Radio Silence”, klarownym nawiązaniu do Joy Division. Wśród tej nowej fali leżą też bardziej naturalne dla Marka ballady, takie jak „Paper Hat” i „Playing Nero”. To wisienki dla wytrwałych, dla których „dyskotekowy” Mark może wydać się ciężkostrawny. Płytę wieńczy „Two Bells Ringing At Once”, nastrojowo i nostalgicznie, co do kupy z wcześniejszym dark disco tworzy złożony koktajl o wielu etapach emocji smakowych.

Ale żeby nie było znowu tak wspaniale i pozytywnie, krążek ma swoje minusy. Jest za długi – 14 piosenek, blisko godzina trwania. Jak na obecne standardy półgodzinnych albumów to męczarnia, tym bardziej, że mówimy o zbiorze piosenek, a nie spójnej koncepcji. Dwa kawałki na luzie powinny wylądować w szufladzie, albo na stronach B singli – „War Horse” oraz „She Loved You”. Wydają się napisane na siłę; nie pasują tu i psują efekt naprawdę niezłej całości. Tekstowo też odstają w dół – dobrze wiemy, że Mark potrafi lepiej i bardziej, na co już powinniśmy się przygotować. Gdy piszę te słowa, nowy długogrający krążek jest już w powijakach. Jestem ciekaw, co przyniesie; z ostatniej trójki nadal wygrywa Phantom Radio, przy założeniu, że to jest teraz domyślna oś działania Marka.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load