Recenzje

2019-11-13
No-Man - "Love You To Bits"
22 listopada ukaże się pierwsza od 11 lat płyta studyjna duetu No-Man, w skład którego wchodzą: Steven Wilson i Tim Bowness.
Wykonawca: No-Man
Wytwórnia: Caroline Records / Universal Music Poland
Rok wydania: 2019

Steven Wilson po sukcesie To The Bone wyraźnie rozsmakował się w robieniu dyskoteki, którą teraz wprowadza na terytoria niesamowite. No-Man, czyli side-duo Wilsona z Timem Bownessem, przynoszą nam płytę o jakiej konserwatywnym fanom talentu oby tych muzyków się nie śniło. O ile bowiem „Permanating” był uśmiechem w kierunku muzyki przebojowej, to Love You To Bits jest już, mówiąc otwartym tekstem, w pełni tanecznym, imprezowym, zremiksowanym, electro maxi-singlem. Wilson jest omnibusem muzycznym i chociaż kojarzymy go przede wszystkim z prog-rockiem, to jego horyzonty sięgają dużo dalej, co już niejednokrotnie udowadniał. Tym razem padło na znalezienie wentylu dla fascynacji muzyką dyskotekową, zarówno w stylu synth-pop, techno jak i house, oraz takimi postaciami jak Giorgio Moroder, Arthur Baker, Shep Pettibone, David Morales i Jam & Spoon.

Love You To Bits jest podzieloną na kilka części, właściwie jednolitą strukturą, którą bez problemu można porównać do krótkiego setu DJ-a: z typową dla siebie dynamiką, podkręcaniem atmosfery, upuszczaniem rytmu i basu, a nawet na koniec z chwilą chill-outu. Oczywiście, fachowcy od takiej muzyki zorientują się, że autor tego brzmienia wywodzi się z odmiennych kręgów muzycznych; ale, jest ono na tyle udane i przekonujące, aby wysłać umysły fanów Wilsona w stan otępienia. Tym bardziej, że ta muzyka figuruje pod marką No-Man, która przecież do tej pory była senna i smutna, wiedziona trwożnym głosem Bownessa i jego słowami wiecznie złamanego serca. Owszem, rytm nie był im obcy, ale nigdy nie było tu tylu sekwencerów, syntezatorów, samplerów, wokoderów i reszty tego diabelstwa. Nawet nadal obecne gitary i organy są tu przetworzone i dopasowane do rytmu.  


Słuchając tej płyty nie sposób nie widzieć wokół siebie tańczącego tłumu, stroboskopu, dymu, platform i oczywiście kuli dyskotekowej, która na jakiś czas zasłoniła księżyc. Wilson publicznie powtarzał, że chociaż jest kojarzony z rockiem koncepcyjnym, tak naprawdę idolami jego młodości byli Prince, Abba i nowi romantycy. Zawsze chciał nagrać przebój taneczny i niewątpliwie udało mu się to przy wspomnianym „Permanating”, które mimo wszystko nadal było częścią złożonej koncepcji. Tym razem poszedł na całość i zagrał od początku do końca tanecznie i klubowo, rozkręcając wszelkie znane mu pokrętła w taki sposób, że płytą może z powodzeniem zainteresować się Ministry of Sound. Jest to niewątpliwie wyraz nowej radości w życiu Wilsona – tak radosnej muzyki po prostu nie można tworzyć i słuchać w obecności demonów – co ma swoje przełożenie na jego życie prywatne.

A gdzie w tym wszystkim jest Tim Bowness, największy żyjący smutas muzyki rockowej? Otóż, robi swoje: nadal zlęknionym głosem śpiewa o rozdartym sercu, bólu miłości i samotności, o życiu człowieka spętanego strachem przed końcem w zapaści niespełnionych uczuć. Ale czyni to w taki sposób, że mimo tej niezbyt optymistycznej wizji nie sposób nie czuć przypływu dobrej energii. Dzięki temu syntetycznemu, tanecznemu brzmieniu Bowness zamienia się w bladolicego króla klubu – jak Marc Almond, Steve Strange lub Holly Johnson – który mimo łez gra rolę ekscytującego wodzireja błyszczącego w kolorach tłumu. Głos Bownessa pasuje do takiej muzyki jak ulał, przywołując taki kanon synth-popu jak „Sunglasses at Night”, „Fade To Grey” czy „West End Girls”. W rzeczy samej, Wilson i Bowness tym razem udowodnili, że stać ich na tymczasową metamorfozę w Pet Shop Boys.

Love You To Bits jest płytą zaskakującą i na pewno narobi szumu wśród zwolenników No-Man, Wilsona i Tima. Ale czy nie o to chodzi w muzyce, aby łamać bariery i konwenanse? Wilsonowi przeszkadza łatka prog-rockowca, jak zresztą większości muzyków tak określanych. Dlatego serwuje nam coś z innej beczki, co niewątpliwie posiada jego niezmienny znak jakości. Czy pozwolimy sobie to usłyszeć, zapominając o kanwach i gatunkowości, a skupiając się na talencie, wyobraźni i przekazie?

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load