Recenzje

2019-11-25
Coldplay - "Everyday Life"
Ósmy album Coldplay „Everyday Life” składa się z dwóch części: „Sunrise” i „Sunset”. Płytę rozłożył na czynniki pierwsze nasz recenzent Marcin Knapik.
Wykonawca: Coldplay
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2019

Falowanie i spadanie, falowanie i spadanie. Słowa utworu „Raz dwa, raz dwa” zespołu Maanam najlepiej opisują poziom albumów zespołu Coldplay wydanych w tej dekadzie. Najpierw „Mylo Xyloto”, czyli czytelny ukłon kapeli w stronę mainstreamowego popowego grania. Potem „Ghost Stories” – dobry album. Inny i spokojniejszy. A potem panowie dowalili płytą „A Head Full of Dreams”. Choć trzeba też wspomnieć, że była wielkim sukcesem komercyjnym. EPka „Kaleidoscope” pokazała przebłyski pokazujące, że jeszcze Coldplay nie zginął, jeśli chodzi o poziom utworów.

Teraz dostajemy „Everyday Life”. Album składający się z dwóch części. Na winylu – podwójny, a jeśli chodzi o krążek CD, spokojnie zmieściło się te 50 minut muzyki na jednym. Napis na nalepce „Double Album (1 x CD)” troszkę więc śmieszny. Zespół Coldplay jest dla mnie bardziej zespołem utworów niż całych albumów. Mój ulubiony album:„Viva La Vida or Death and All His Friends”. Najlepiej zbalansowany, jeśli chodzi o poziom i przebojowość utworów. Potem ta umiejętność została gdzieś zatracona przez Chrisa Martina i towarzyszy. Spróbujemy sobie przejść przez „Everyday Life” nagranie po nagraniu.

Każda z dwóch części albumu składa się z ośmiu kompozycji. Pierwsza połowa płyty zwie się „Sunrise”. Zaczyna się utworem „Sunrise”, przy którym zastanawiałem się, czy przypadkiem nie włączyłem płyty Leonarda Cohena (zwłaszcza, że w ten piątek wyszedł jego album). Gdy Coldplay będzie już w takim momencie kariery, że wpadnie na pomysł występu symfonicznego, to z dużym prawdopodobieństwem można obstawiać, że ten utwór go rozpocznie. Orkiestrowe, smyczkowe otwarcie. Następne dwie kompozycje to typowy Coldplay. „Church” – poprockowy, ale już z bliskowschodnimi, orientalnymi zaśpiewami. „Trouble In Town” bardzo mi się podoba. Bardzo ładny, ładnie się rozwijający. Fortepianowe granie z powiększającym się – im dalej w las – instrumentarium i nabieraniem barw. Oraz wplątanymi rozmowami i śpiewem dzieci. A potem następuje „Broken”, czyli gospelowy Coldplay… Co? Tak, gospelowy. Taki jest właśnie nowy album Coldplay – mieszanka różnych stylów muzycznych. Bardzo różnych. Aż za bardzo namieszana. Samodzielnie „Broken” może bardziej się broni, a tak sprawia wrażenie wciśniętego. Idziemy dalej. I dostajemy odpowiedź na pytanie, czy są na płycie typowe, wzruszające, fortepianowe ballady coldplayowskie? Tak, są. „Daddy” jest jedną z nich. Głos i fortepian w głównych rolach. Prostota. „Wonder of The World/Power of The People” – akustyczne, może i sympatyczne, ale króciutkie i nic nie wnoszące. Zapełniacz. Dochodzimy do„Arabesque”, który ujrzał światło dzienne już jakiś czas tego i są różnie opinie o nim. Coldplay bawiący się w jazz. Saksofonowe wstawki. Gościnny udział Stromae śpiewającego po francusku (bo mało nam języków na albumie) oraz Femi Kuti (tak, syn Feli Kutiego) wraz ze swoim zespołem i jeszcze z fragmentami filmu „Music Is The Weapon”, którego bohaterem jest Fela Kuti. Mnie się podoba. Moja trójka z „Sunrisowej” części wygląda tak: „Trouble In Town”, „Daddy”, „Arabesque”. Pierwszą część płyty zamyka „When I Need A Friend”. Zaczęła się ta połowa smyczkami, a kończy męskim chórem. Jakoś świątecznie się robi na duszy. Tylko po co jeszcze potem jakiś fragment z jakiegoś filmu, nie wiem.


Ale się rozpisałem o „Sunrise”. Z „Sunset” pójdzie szybciej. Zaczyna się od prostego w budowie, akustycznego „Guns”. Głos Chrisa i akustyczna gitara. Proste środki, ale brzmi to zadziornie. „Orphans” jest najbardziej przebojowym utworem z całego „Everyday Life”. Bardzo ładnie gra przez radio. A potem sekcja wypełniaczy. A przynajmniej takich utworów, o których można powiedzieć: „Gdyby ich nie było, nic by się nie stało”. Akustyczne „Èko” oraz „Old Friends”, a pośrodku doo-woopowe, soulowe i bardzo takie sobie „Cry Cry Cry”. Kolejną fortepianową balladą jest „Bani Adam”, w którym potem dochodzi zespołowe instrumentarium, ale spokojny nastrój się nie zmienia. Po dwóch minutach wchodzi recytacja perskiego wiersza z przesłaniem, a na końcu wsamplowano utwór z Nigerii, który jest tez przejściem do następnego utworu – „Champion of The World”. Typowego, poprockowego utworu Coldplaya. Typowym utworem zespołem Coldplay jest też „Everyday Life” – zamykający ładnie całość materiału połączeniem smyczków i fortepianu.

Podsumujmy więc – mamy języki: angielski, francuski, niebo i arabski. Sporo jest w oprawie płyty języka arabskiego, np. na okładce. Muzycznie mamy tak: smyczki, pop rocka, gospel, fortepianowe ballady, jazz, męski chór, utwory na akustyczną gitarę, doo-wop i soul. Ale namieszali panowie. Długość opisu części „Sunrise” sporo mówi. Poprzedni album był muzyką dla świata. Możemy się zżymać na poziom „A Head Full of Dreams”, ale była ona przebojowa dla ludzi pod każdą szerokością geograficzną. „Everyday Life” to próba grania przez Coldplay muzyki świata. Tylko, że przy takim wachlarzu, takim pomieszaniu wychodzi to z różnym skutkiem.

Tekstowo na „Everyday Life” Chris Martin bierze się znów za zbawianie świata. Ale broni się to. Arabskie wtręty w utworach i oprawie płyty nie są przypadkowe. W głównej roli występuje tematyka społeczna. Takie dwa momenty z płyty – moim zdaniem dobrze to ukazujące. „Orphans” – najbardziej przebojowy utwór z całego zestawu, ale w tekście nawiązujący do wojny w Syrii, ataków bombowych w Damaszku. Najradośniejszy podkład muzyczny na albumie w piosence o smutnych tematach. Przy „Bani Adam” pisałem o recytacji perskiego wiersza z przesłaniem. A w tym wierszu padają takie słowa: „Jeśli nie współczujesz ludzkiemu cierpieniu, nie masz prawa nazywać się człowiekiem”.

Gruchnęła wiadomość, że Coldplay nie będzie promować płyty „Everyday Life” wielką trasą koncertową, bo chcą poświęcić najbliższy czas na dowiedzenie się, jak sprawić, by trasy były nieszkodliwe dla środowiska. Ale chodzą słuchy, że następny album zespołu ukaże się już w przyszłym roku. I że będzie on bardziej komercyjny. Podchodźmy do wieści o powodach braku wielkiej trasy koncertowej z zasadą ograniczonego zaufania (choć może jest on prawdą). Mając w głowie, że „Everyday Life” na wielkie stadiony się nie za bardzo nadaje.

Na pewno jest to najlepszy album zespołu Coldplay od „Ghost Stories”. Ale przebicie poziomu „A Head Full of Dreams” nie należało do trudnych zadań. Jest to album dziwny. Za bardzo pomieszany. Ze zbyt wieloma kombinacjami. I wypełniaczy za dużo. Kombinują panowie i to dobrze, ale kierunków jakoś zbyt wiele. Ok – takie stwierdzenie mi pasuje do opisu poziomu albumu. A może po prostu nie mam już wielkich wymagań w stosunku do Chrisa Martina i jego zespołu?

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load