Recenzje

2019-11-27
Leonard Cohen - "Thanks For The Dance"
"Thanks For The Dance" to pierwszy pośmiertny album Leonarda Cohena i kontynuacja tego, czego słynny bard nie dokończył za życia.
Wykonawca: Leonard Cohen
Wytwórnia: Sony Music Poland
Rok wydania: 2019

Oto przed nami pierwsza pośmiertna płyta Leonarda Cohena; i prawdopodobnie nie ostatnia. Wielki artysta o takim stażu, reputacji i legendzie z całą pewnością pozostawił po sobie pokaźne archiwum niewykorzystanych nagrań, prób, ujęć, szkiców, dem, itp., którymi można wypełnić niejeden krążek. Nie on pierwszy z takiego archiwum by korzystał; lub raczej ci, którym owo archiwum zostało powierzone. Adam Cohen, syn Leonarda, postanowił wykorzystać resztę nagrań, jakie ojciec pozostawił podczas sesji do You Want It Darker, dokańczając je w studiu w doborowym towarzystwie. Powodów dla którego te piosenki nie znalazły się na wcześniejszym albumie możemy się domyślać: część zupełnie nie pasuje do ponurego nastroju poprzedniczki, a część zbyt dosłownie go pogłębia.

Brzmienie i nastrój Thanks For The Dance były do przewidzenia już przy ogłoszeniu albumu. Podziękowanie, kartka pocztowa z zaświatów, napisy końcowe, post-scriptum – wszystko pasuje. Tak jak zapowiadał Adam – to nie jest zbiór materiału roboczego, porzuconego, strzępków, stron B, itp. To są rasowe, sumiennie wykończone piosenki, po których brzmieniu nie sposób domyślić się, że „coś się stało”. Głos Leonarda i dyskretny akompaniament jego towarzyszy brzmią tak, jak gdyby nigdy nic; jego teksty nie są pożegnaniem ze słuchaczami i witaniem się z Bogiem, lecz business as usual – kobiety, smutek, cielesność, duchowość, metafora i dosłowność. Javier Mas na lutni, Daniel Lanois przy fortepianie, Jennifer Warnes aranżuje chórki, jest Beck, jest Damien Rice, są smyczki. Alleluja.


Cohen jak to Cohen – przenosi swoimi piosenkami słuchacza w inny czas, gdzieś gdzie pozornie obowiązywały inne zasady, mężczyźni nosili płaszcze, a świat malował się odcieniach czerni i bieli. Brzmienie Thanks For The Dance jest dyskretne i wyciszone, bez uderzania w dzwony, za to bardziej w konwencji opowieści przy kominku, z fajką i szklaneczką whisky, z albumem zdjęć na kolanach. Cohen wspomina i marzy, frapuje się i opowiada, jak gdyby dostał szansę na zwierzenie się z całego życia. W niecałe pół godziny przechodzimy zatem przez miłość i więzienie, rzeki i kobiety, zdradę i elegancję, koniec marzeń i początek złudzeń, wreszcie ból i strach. Kulminacyjnym punktem jest piosenka „The Hills”, w której Cohen dosłownie dźwiękuje Bogu za pigułki przeciwbólowe. I śpiew kolibra za oknem.

Thanks For The Dance jest w ogólnym rozliczeniu płytą smutną, gdyż nie sposób nie być świadomym, że artysty który ją wykonuje nie ma wśród nas. Adam Cohen wykonał dobrą robotę, godną i sumienną, i sprawił że mistrz Leonard znowu do nas przemówił, jakby po krótkiej chwili nieobecności. Wiem, że różnie bywa z tym poszanowaniem pamięci artysty i jego dorobku; kruki i wrony potrafią rozdziobać wszystko, a nawet reanimować dawno odeszłych muzyków w postaci hologramów. To nie jest taki przypadek. Myślmy o tej płycie jak o normalnym albumie, takim jak Made in Heaven Queen, Closer Joy Division, Sketches Jeffa Buckleya czy covery Johnny’ego Casha. I choć na pewno nie jest on tak wielki jak MTV Unplugged Nirvany, to ma więcej sensu niż An American Prayer The Doors.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load