Recenzje

2020-01-13
Apocalyptica - "Cell-0"
"Cell-0" to dziewiąta płyta w dorobku fińskiej grupy i jednocześnie jej pierwsze od 17 lat całkowicie instrumentalne wydawnictwo.
Wykonawca: Apocalyptica
Wytwórnia: Mystic Production
Rok wydania: 2020

Połączenia ciężkiego grania z filharmonicznymi brzmieniami nie są czymś aż tak bardzo nieoczywistym i zaskakującym, patrz: Metallica. Zresztą Apocalyptica zaczynała jako zespół grający utwory Metalliki w stylistyce symfonicznej.

Ostatnią dotychczas płytę, noszącą tytuł „Shadowmaker” zespół z Finlandii wydał w 2015 roku. Ich nowe dokonanie jest pierwszym od siedemnastu lat albumem instrumentalnym w dyskografii kapeli. Jedyne wokalizy na krążku pojawiają się pod koniec ostatniego utworu - „Beyond The Stars”. Podchodziłem z obawami do spotkania z metalem symfonicznym. Nie wszystkie rodzaje metalu wspominam miło. Przypominam sobie melodyjny death metal i po trzech sekundach wolę pomyśleć sobie o czymś przyjemniejszym. Wróćmy więc do „Cell-0”. Bałem się nadmiernej pompatyczności. Połączenia odciągającego dla uszu.


Patos jest. Ale na szczęście, nie dominuje on na albumie. Najbardziej patetyczne wrażenie sprawiają „Ashes of the Modern World” oraz „Beyond The Stars”. W tym drugim wokalizy mogą wpłynąć na pojawienie się takich odczuć. Generalnie w utworach filharmoniczne uspokojenia wiolonczeli przeplatają się z ostrością i szybkością metalu. Nie tylko w wymienionych już kompozycjach, ale też w innych. Takim utworem jest m.in. „Scream For The Silent” - odprężające chwile zestawione z typowym metalem symfonicznym, pod którego znakiem stoi druga część kompozycji. Utwór tytułowy trwa zaś prawie dziesięć minut, ale dzięki ładnemu graniu nastrojem czas z nim spędzony mija bez pojawienia się bólu uszu.

Ciepło, przyjemnie i odprężająco prezentuje się „Rise”. Dość przyjemnie i odprężająco brzmi też „Call My Name”, choć wpływ na takie wrażenie może mieć kompozycja poprzedzająca tę pozycję na płycie. A tą kompozycją poprzedzającą jest „En Route To Mayhem” - mroczniejsze, ostrzejsze, z syntetycznymi dźwiękami na początku. Im dalej, tym szybciej. Ukryte są w nim i marszowe i wściekłe bębny. Bardzo filmowo brzmi „Fire & Ice” - zalatuje celtyckimi klimatami, ale metalowymi także. Ładnym utworem, do emocjonalnych odbiorów przez słuchaczy jest „Catharsis” mający stosowny tytuł dla tej kompozycji.

Apocaliptyce udało się uniknąć dwóch pułapek. Po pierwsze – udało się jej stworzyć album instrumentalny, który jest czymś więcej niż tylko muzyką tła. A to nie jest aż tak łatwe zadanie. Po drugie – rozsądnie wyglądają proporcje między brzmieniem wiolonczeli a brzmieniem metalowym. Nie obyło się bez wahnięć w stronę patosu, ale można ten album uznać za udany.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load