Recenzje

2020-01-22
Pet Shop Boys - "Hotspot"
Grupa Pet Shop Boys wyda jutro nowy czternasty już album studyjny. Choć duet nie komponuje już przebojów na miarę tych z lat 80. i 90. ubiegłego wieku, to jednak nadal nie schodzi poniżej pewnego, niedostępnego dla wielu poziomu. Oto recenzja "Hotspot" autorstwa Jakuba Oślaka.
Wykonawca: Pet Shop Boys
Wytwórnia: Mystic Production
Rok wydania: 2020

Chociaż Pet Shop Boys mają dorobek godzien największych sław muzyki, nigdy nie cieszyli się statusem gwiazd. To designerzy muzyki pop, wypuszczający innowacyjne, wielowarstwowe hity nieprzerwanie od 35 lat. Jak w każdym duecie, ich twórczy potencjał opiera się na kontraście osobowości: po lewej Neil Tennant, elokwentny dżentelmen w marynarce i płaszczu, cytujący w swoich tekstach Wilde'a, Eliota i Cowarda, popijający szampana i herbatę; po prawej Chris Lowe, stoicki milczek w nieodłącznej czapce i okularach, kibic Blackpool i Arsenalu, uwielbiający syntezatory i PlayStation, ponad wszystko kochający kulturę klubową. Razem tworzą jeden z najbardziej utytułowanych duetów pisarsko-kompozytorskich, jakich wydała światu Anglia; a jednocześnie, jeden z najbardziej oryginalnych i tajemniczych. Pisali dla Tiny Turner, Lizy Minnelli, Dusty Springfield i Kylie; remiksowali Rammstein, Madonnę, Davida Bowie i Yoko Ono; mają na koncie ścieżkę dźwiękową do filmu, baletu oraz musical. O emeryturze nie myślą.

Hotspot to ich 14 album studyjny, trzeci (i pewnie ostatni) nagrany przy współpracy ze Stuartem Pricem (Zoot Woman, Les Rythmes Digitales), czołowego przedstawiciela pierwszej fali nostalgii za "ejtisami". PSB to idole jego dzieciństwa, a praca nad trzema ich płytami (kolejno Electric, Super, oraz Hotspot) to przelot Sokołem Millennium nad planetą Yavin. Razem udało im się wydać coś idealnie współczesnego, co łączy zapisaną na dyskach utopijną przeszłość, nacechowany emocjonalnie dzień dzisiejszy, oraz przyszłość, ekscytującą, ale ponurą. Pet Shop Boys zawsze komentowali bieżące nastroje społeczne, ubierając je w szaty frapujących ballad lub dyskotekowych hymnów. I Hotspot nie jest pod tym kątem wyjątkiem, fantastycznie wpisując się w twórczy ciąg tego zespołu, który zawsze był wydźwiękiem (lub forpocztą) trendów i gustów. Podobnie jak Depeche Mode i New Order, tak i Pet Shop Boys nie są jednoznacznie zespołem z lat 80, chociaż nostalgia i melancholia od zawsze była elementem ich muzyki.


Błędem logicznym będzie oczekiwać od Hotspot tego samego, co od klasycznych Please czy Actually. To brzmienie PSB2020 - weteranów muzyki rozrywkowej osiadłych w Berlinie, nagrywających w słynnym studiu Hansa, spacerujących po Warschauerstrasse, jadących S-bahnem do stacji Wedding. Towarzyszy im nie tylko Price, ale też Bernard Butler (ex-Suede, ex-The Verve) oraz Olly Alexander (Years & Years). PSB zawsze lubili otaczać się młodzieżą, a Olly przyszedł na świat w tym samym roku co uwielbiona przez fanów ale zjedzona żywcem przez krytykę płyta Behaviour. Razem z Neilem wprawiają w wirujący ruch "Dreamland", dyskotekowy pocisk oraz cierpki komentarz nad Brexitem oraz wciąż borykającą się z nietolerancją społecznością LGBT (zarówo Neil jak i Olly to zdeklarowani homoseksualiści). Z kolei Butler i jego brytyjska, elektryczna gitara to "Burning the Heather" - introspektywna, frapująca ballada o samotności i przemijaniu, która doskonale odnalazłaby się na wspomnianym Behaviour.

To oczywiście tylko dwie piosenki, ale doskonale obrazują nie tylko charakter Hotspot, ale twórczości PSB w ogóle. Przenikający się wzajemnie kontrast biegunów, wyżu i niżu, światła i ciemności, hałasu i ciszy, poezji i muzyki house. Neil i Chris prezentują nam piosenki ozdobne, zachwycające szczegółami, drobnostkami błyszczącymi w kącie oka zachwyconego fana, jak i kogoś, kto słyszy ich po raz pierwszy od czasu "Domino Dancing". Ponury, ale mocny "Will-O-The-Wisp", radosne "Happy People" oraz szalony "Monkey Business" - a obok nich kruche, delikatne "You Are the One", piękne i smutne "Hoping for a Miracle", oraz "Only the Dark" - kolejny ukłon w stronę Behaviour i jej sympatyków. I na koniec żartobliwe "Wedding in Berlin", przebite rzecz jasna Marszem Mendelssohna. Wszystko ubrane w elegancki, symetryczny album, opakowany oszczędnie ale stylowo. Czas płynie dla nich wyjątkowo przyjaźnie - nie dość że zdrowie i muza ich nie opuszcza, to jeszcze głos Neila nie obniżył się z wiekiem nawet o cal.

Na koniec prywatne addendum. Muzyka Pet Shop Boys towarzyszy mi całe świadome życie. Nie zapomnę nigdy gdzie byłem i co czułem, gdy w wieku lat kilku usłyszałem płynące z przegranej kasety "It's a Sin", uzupełnione potem resztą płyty Actually wydanej w schyłkowym PRL-u przez Wifon. Praktycznie każda z ich kolejnych płyt była przeze mnie przyjmowana z wypiekami na twarzy, remiksy z maxi-singli analizowane co do sekundy, a skarby znane głównie fanom (tzw. strony-B) wychwalane przy każdej okazji. 30 lat później siedzę i opisuję ich nowy, wspaniały album. Sięgając po Hotspot nie oczekujmy hymnu epoki jakim jest "West End Girls", niezapomnianego coveru "Always On My Mind" czy uwielbionego przez piłkarskie trybuny "Go West". Te hity to sam czubek góry lodowej, a pod nim rozciąga się świat muzyki pop, którego twórcy na własnej imprezie urodzinowej siedzą w kącie i udają smutnych. To świetny krążek, który razem z resztą trylogii Price'a pokazuje ile w tych bateriach pozostało jeszcze energii.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load