Recenzje

2020-03-14
Stone Temple Pilots - "Perdida"
Nieco zapomniani Stone Temple Pilots uraczyli nas ósmym albumem studyjnym, jednym z najlepszych dokonań w karierze tego zespołu.
Wykonawca: Stone Temple Pilots
Wytwórnia: Warner Music Polska
Rok wydania: 2020

Stone Temple Pilots potrzebowali takiej płyty. Nie poddają się po stracie dwóch frontmanów, lecz usiłują ponownie rozrysować swoją tożsamość, od samego początku. Wydawało się, że zatrudnienie wokalisty znikąd to posunięcie desperackie; ale doświadczony i rozpoznawalny Chester Bennington także nie był rozwiązaniem na dłuższą metę. Ambicje STP wciąż sięgają dalej. Ich poprzedni album, pierwszy z Jeffem Guttem przy mikrofonie, miał być czymś w rodzaju carte blanche; ale w rzeczy samej, był po prostu imitacją ich klasycznego brzmienia. Na wieść o planowanej płycie akustycznej przeszły mnie nieprzyjemne ciarki – ten zespół tonie, na naszych oczach i uszach, wydając kolejne płyty będące czymś w rodzaju pobożnych życzeń powrotu do formy. Co dalej? Płyta symfoniczna, płyta z klubowymi remiksami, wersje deluxe Core i Purple? (tak, one także się niedawno ukazały).


Tymczasem Perdida to duże zaskoczenie. To nie są akustyczne aranżacje starych numerów; to zupełnie nowe piosenki, od początku pomyślane jako pokojowe ballady o wielu obliczach, tematyce, nastroju. Jest tu wiele obcych dotychczas w muzyce STP instrumentów; jest nawet flet, który, o dziwo, doskonale tu pasuje, nadając folkowego, hipisowskiego posmaku. To nie jest STP w wersji unplugged; to, mam wrażenie, zupełnie nowy zespół, jakiego wcześniej nie znaliśmy. Każdy z tych numerów jest zaśpiewany po swojemu, stanowiąc ciekawą, wzajemnie uzupełniającą się opowieść. Mamy tu americanę w postaci „Fare Thee Well”, latynowskie „Miles Away”, wilsonowski „Sunburst”, żywcem wyrwaną z lat 60 „Perdidę”, dryfujące “I Didn't Know The Time”. Jest nawet piękny soft-rockowy numer „Years” zaśpiewany przez Roberta DeLeo, jakby podkradziony Alanowi Parsonsowi.

Oczywiście STP nie zapominają o swojej dawnej tożsamości, czego dowodem są „Three Wishes” oraz „She’s My Queen”, brzmiące tak, jak wujek Neil Young nauczył całe pokolenie przy ognisku. To podróż w czasie do MTV unplugged i zasiadających na krzesłach niepokornych obdartusów. Ale i tak największym skarbem tego krążka jest „You Found Yourself While Losing Your Heart”; złożony, natchniony numer, ukazujący duszę tego zespołu, która nie odeszła wraz ze Scottem Weilandem. To piosenka o tak wielu obliczach jak cała ta płyta; gdyby wydał ją Pearl Jam, stałaby się ulubionym numerem jego fanów. Przez blisko 6 minut słychać jest ile serca i nadziei włożyli STP w ten album. To nie są niedopieczone, podgrzane w mikrofali „ściemy”, wydane po to, żeby trochę kasy wpłynęło na konto. To owoc pewnej potrzeby, niewypełnionej wciąż misji, lub – kto wie, może początek nowej?

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load