Recenzje

2020-03-18
The Boomtown Rats - "Citizens Of Boomtown"
Ekipa kierowana przez Boba Geldofa wydała pierwszą od 36 lat płytę studyjną.
Wykonawca: The Boomtown Rats
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2020

Powrotów do życia dawnych gwiazd widzieliśmy już tyle, że można zacząć dzielić je na kategorie. Są przypadki wyczekane na kolanach, które okazały się lepsze, niż pierwotny materiał. Ale są także zupełne pudła, wydane zbyt późno: aby powrócić, słuchacz musi pamiętać, że się kiedyś odeszło. Jest mnóstwo artystów, którzy nigdy nie wrócili, chociaż publiczność bardzo mocno tego pragnęła – oraz takich, którzy wrócili ku wielkiemu jej zdziwieniu. Ta ostatnia kategoria to właśnie The Boomtown Rats, irlandzka nowofalowa ekipa. Jej lider, sir Bob Geldof, ma biografię tak bogatą, że muzyka zeszła w niej na drugi plan. Jego działalność charytatywna, od wielkiego sukcesu Band Aid po historyczne koncerty Live Aid i Live 8, przyniosła mu sławę największych gwiazd rocka. Skandale obyczajowe, narkotyki, zdemolowane pokoje hotelowe, wybujałe ego, niepoprawne wypowiedzi, wpadki finansowe, fantazyjne imiona dzieci, tytuł szlachecki i nadpobudliwa irlandzka krew; muzyka jest tutaj tylko częścią złożonej układanki. A mimo to, być może z wiekiem i siwymi włosami, Geldof reaktywował swój stary zespół. To nie pierwszy znak ich powrotu do życia, ale pierwszy od 36 lat nowy materiał. Powstaje jednak pytanie: czy sam fakt powrotu zespołu, którego jedyny przebój został nagrany przed narodzinami wielu z nas obliguje słuchaczy do jakiegokolwiek pokłonu w ich stronę?

Odpowiedź brzmi nie, albowiem Citizens of Boomtown jest płytą spóźnioną o jakieś 20 lat, zbędną, przestarzałą, trywialną, nudną, płaską i skrajnie nieznośną. Nie można odmówić jej punktów wspólnych z dawnymi dokonaniami The Rats – to mieszanka „pub-rocka” i post-punka, muzyki buńczucznych muzyków lokalnego obiegu, którzy grywają trasy po lokalnych pubach Irlandii i Anglii, kończąc triumfalną nocą gdzieś w dublińskiej Temple Bar. To brzmienie z innego czasu i miejsca, jakby nieprzynależące do roku 2020 z Koronawirusem i Brexitem w tle; to dźwięki ze starej szafy grającej, stojącej gdzieś w Wigan albo Leeds, która jakimś cudem jeszcze działa, obracając 7-calowe single na życzenie zdziwionych turystów z Japonii. Sięgając po ten krążek liczyłem, że sir Bob i jego kompani postawią na rzeczywistą sztukę i potrzebę duszy; tymczasem, oni postawili po prostu na dobrą zabawę, w pierwszej kolejności samych siebie, potem ogólnego zgromadzenia, a na końcu ewentualnie kilku fanów z dawnych czasów, jeśli jeszcze jacyś się uchowali. Być może nie jestem najlepszą osobą do oceny znaczenia tej płyty, ale The Rats nigdy nie byli aż tak popularni, aby ich powrót był wyczekiwany ze wstrzymanym oddechem. Co więcej, ich stary dorobek nie wpłynął na kształt muzyki aż tak znacząco, aby od Citizens of Boomtown oczekiwać czegoś więcej, niż tylko rocka.


Najgorsze jest jednak to, że Citizens of Boomtown nie potrafi zaskarbić sobie łask nawet na zasadzie tu-i-teraz, bez żadnego oglądania się na historię. Owszem, dobrze się zaczyna – ten riff, od którego startuje „Trash Glam Baby” sugeruje, że oto za chwilę zacznie się dobra zabawa. Słychać ten pub, ryk rudawych typków w koszulkach klubowych, zapach rozlanego piwa i smażonych frytek. Z kolei ukryta w głębi płyty, skomponowana trochę w stylu Toma Petty piosenka „Here’s a Postcard” to dowód na to, że sir Bob nie wziął się w muzyce znikąd. No i ta okładka, sugerująca jakby inny materiał, chłodniejszy, „falowy”, ocierający się o industrial. Reszta zaskakuje a) przypadkowością, wybrana z szuflady po latach zbierania różnych szkiców i pomysłów, tak jak „Monster Monkeys” czy „Passing Through”, b) pubową trywialnością, gdzie pękają kufle z Guinnessem w trakcie gremialnego karaoke po meczu – patrz „K.I.S.S.” i „Rock ‘n’ Roll Ye Ye”. Już same te tytuły sugerują coś złego, co bardziej pasuje do Nocnego Kochanka lub Sławomira, czegoś nie zupełnie serio, niż muzyki gościa, przed którego imieniem stoi sir. Im dalej w las tym gorzej, i jeśli te dwa numery jeszcze was nie dobiły, to zrobią to „Get a Grip” i finałowe „The Boomtown Rats”. W jaki sposób? Uderzeniami syntezatorów jak za najlepszych rave’ów na przedmieściach Newcastle. Dawno nie słyszałem tak złej płyty.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load